Download as pdf or txt
Download as pdf or txt
You are on page 1of 142

FARLEY MOWAT

NIE TAKI STRASZNY


WILK
1
Początkujący biolog zostaje wysłany w odludny zakątek kanadyjskiej tundry.
Powierzono mu szczególną misję. Czy naukowy pion wielomiesięcznych obserwacji
wilczych rodzin spełni oczekiwania rządowej Służby Zwierzostanu? Książka Mowata
— niestrudzonego i odważnego badacza — obala fałszywe mity o naturze wilków i
ukazuje los dzikich zwierząt bezbronnych wobec człowieka. Jest przy tym frapującą
opowieścią mistrza słowa, którą czyta się ocierając łzy śmiechu i wzruszenia.

SERIA PODRÓŻNICZA
OBIEŻYŚWIAT
Prószyński i S-ka
Przełożył z angielskiego Robert Stiller
Copyright © by Farley Mowat 1963, 1973
Tytuł oryginału: Never Cry Wolf
Copyright © 1986 for the Polish translation by Robert Stiller
Opracowanie graficzne serii Paweł Pasternak
Zdjęcie na okładce Bernard Branquart Grand’Henry
Redaktor serii Monika Machlejd-Ziemkiewicz
Redaktor techniczny Elżbieta Urbańska
Niektóre szczegóły pisowni i interpunkcji zachowano w formie odpowiadającej życzeniu
tłumacza.
Wydanie drugie, poprawione i uzupełnione
Warszawa 1994
ISBN 83-85661-29-8
Wydawca Prószyński i S-ka. Warszawa, ul. Różana 34
Łamanie Klara Łacisz
Druk i oprawa:
Zakłady Graficzne, s-ka z o.o. ul. Okrzei 5,64-920 Piła 5

2
Wstęp

Kiedy jedenaście lat temu wziąłem się do pisania tej książki, wilk miał w niej
występować raczej w podrzędnej roli. Zamierzałem napisać satyrę na temat zupełnie
innego zwierzęcia: tej osobliwej mutacji gatunku ludzkiego. znanej pod nazwą
Biurokraty. Wilk miał mi posłużyć tylko w charakterze pozłótki w obrazie Homo
bureaucratis: tego zwyrodniałego produktu naszych czasów, który opatuliwszy się w
kokon konwencji, po kretyńsku ożeniony z głupstwem, pogrążony w obskuranckich
obsesjach i babrzący się w błahostkach mimo wszystko uważa się za jedynego
Prawego Posiadacza Prawdy Objawionej i co za tym idzie: za jedynego
samozwańczego arbitra w sprawach ludzkich.
Ze złośliwą premedytacją wziąłem się do demaskowania tych nowych panów
świata, czy raczej do udostępniania im widowni, na której sami mogliby się
skompromitować. Ale gdzieś w początkowych partiach książki stwierdziłem, że tracę
zainteresowanie dla biurokratycznego błazeństwa.
Coraz bardziej wciągała mnie, całkiem niechcący, moja drugoplanowa postać,
czyli wilk. Aż wreszcie wilk po prostu wyjął mi książkę z ręki, tak iż zamieniła się ona
w apel o zrozumienie i ratowanie nadzwyczaj wysoko rozwiniętego i wspaniałego
zwierzęcia, które było — i nadal jest — doprowadzane do zagłady przez wrogość i
mordercze skłonność człowieka.
Książka Nie tak straszny wilk nie spotkała się z miłym przyjęciem ze strony
powołanych do tego władz.
Ponieważ mam zwyczaj nie dopuszczać do tego. aby fakty kolidowały z prawdą
i ponieważ sądzę, że humor ma do spełnienia istotną rolę nawet we wzniosłych
przybytkach wiedzy, wielu ekspertów starało się ośmieszyć tę książkę jako zupełną
fikcję, nie przyjmując do wiadomości nawet tego, że oparta jest na doświadczeniu
dwóch lat i jednej zimy, które przeżyłem w Arktyce, w bliskim kontakcie z wilkami.
Obecnie, po upływie dłuższego czasu. sprawia mi nieco satysfakcji fakt, że prawie
wszystkie aspekty zachowania się wilków, które opisałem, doczekały się
potwierdzenia i uznania w „oficjalnej” nauce. Niestety moja główna teza — że wilk

3
nie stanowi zagrożenia dla innych dzikich zwierząt i nie jest ani groźny dla człowieka,
ani jego współzawodnikiem — na ogól nie doczekała się jeszcze uznania.
W roku 1973 niektóre z ras wilka północnoamerykańskiego — w tym wilk
równinny, wilk szary i wilk rudy — są już w praktyce wymarłe. Na całym obszarze
Stanów Zjednoczonych (z wyjątkiem Alaski) przetrwało chyba nie więcej niż 1200
wilków. Około 500 z nich żyje w północnej Minnesocie, gdzie częściowo chroni je
Park Narodowy Quetico, lecz jesienią 1972 roku władze łowieckie stanu Minnesota
opracowały plan, według którego miałoby się likwidować co roku 200 wilków za
pomocą broni palnej, sideł, pułapek i trucizny „aż do eliminacji zagrożenia ze strony
wilków”. Na rozległych obszarach zalesionych, lecz nie zaludnionych, rejonów
Kanady żyło do niedawna około 15 000 wilków leśnych. Jednak szybkie
upowszechnienie się małych samolotów, a zwłaszcza pojazdów śnieżnych, umożliwiło
całej ciżbie myśliwych wdzieranie się w te stosunkowo niedostępne okolice: czego
nieuchronnym skutkiem stał się gwałtowny spadek pogłowia łosi, jeleni oraz innej
zwierzyny łownej. To zaś spowodowało, że jak zwykle myśliwi, dostawcy
wyposażenia, przewodnicy, właściciele schronisk i inni robiący na tym interes
podnieśli krzyk: „Wilki niszczą zwierzynę! Zwierzyna jest nasza! Musimy natychmiast
wytępić wilka!”.
Kto słucha takiego wrzasku?
Rząd go słucha. Pod koniec 1972 roku, wbrew przeciwnej opinii swoich
własnych biologów, Minister Rybołówstwa i Łowiectwa stanu Quebec zarządził
masową rzeź wilków w formie otwartego konkursu dla myśliwych z Kanady i Stanów
Zjednoczonych, mającą na celu wyrżnięcie 5000 wilków! Przewidziano specjalne
nagrody dla najbardziej wydajnych łowców: dolną szczękę wilka zatopioną w bloku
przezroczystego plastiku ze stosownym napisem uwieczniającym sprawność, odwagę i
hart ludzkiego mordercy.
Pojawił się jednak wątły promyk nadziei dla wilków. W ciągu ubiegłego
dziesięciolecia pewna liczba normalnych ludzi zawiązała porozumienie, aby
przeciwstawić się grupom nacisku, propagującym wilkobójstwo. Odnieśli już pewne
sukcesy. Głównie dzięki uporczywym staraniom Ligi Wilczej w Ontario (Ontario
Wolf League, P.O. Box 177, Postal Station „S”, Toronto 382, Ontario), przy poparciu

4
niektórych biologów nowego typu, bardziej interesujących się badaniem żywych
zwierząt niż ich trupów, władze stanu Ontario od niedawna cofnęły nikczemną
subwencję na mordowanie wilków. Podobnie i grupa znana jako Obrońcy Wilków
Kanadyjskich i Amerykańskich (Canadian and American Wolf Defenders, 68 Panetta
Road, Carmel Valley. California 93924) potrafi, być może, zmusić władze stanu
Minnesota do rezygnacji z planów wytępienia wilka na tym obszarze.
Kiedy książka ta ukazywała się w Związku Radzieckim, jej tłumacze niezbyt radzili
sobie z tytułem. Przekład ukazał się wreszcie pod tytułem, wykładającym się: Nie
płacz, wilku! [Tak samo i w Polsce: „Nasza Księgarnia” najpierw nie rozumiała po
angielsku i lansowała identyczny jak po rosyjsku tytuł: Nie płacz, wilku! a później
zdecydowała, że wilki jednak trzeba mordować i wycofała się z publikacji książki,
wydanej w końcu przez „Iskry”: przyp. tłum.]. Miejmy nadzieję, że jest to znak
wróżebny na przyszłość. Może zdążymy jeszcze powstrzymać ludzkość od
popełnienia kolejnej zbrodni — jakże długa jest ich lista! — przeciw naturze: od
zgładzenia na tej planecie istoty, która ma co najmniej takie samo prawo do życia, jak
my.
Gdybyśmy rzeczywiście zdołali uratować wilka przed zagładą, będzie to, w
jakimś niewielkim stopniu, wyrzeczeniem się czysto ludzkiej zbrodni: życiobójstwa.

Farley Mowat
Isles de la Madeleine, 1973

5
Dla Angeliny: anioła.

6
Akcja Canis lupus

Wielka odległość w czasie i przestrzeni dzieli łazienkę w domu babci Mowat w


Oakville, w stanie Ontario, od wilczej nory na pustkowiach środkowego Keewatin, i
nie jest moim zamiarem prześledzenie całej drogi pomiędzy nimi. Ale każda opowieść
musi się jakoś zacząć; a historia mego pobytu wśród wilków zaczyna się właściwie od
babcinej łazienki.
W wieku lat pięciu niczym jeszcze nie objawiłem — a większość
utalentowanych dzieci czyni to dużo wcześniej —jakie mi się rysują perspektywy na
przyszłość. Rozczarowani, być może, tą niezdolnością do powzięcia decyzji rodzice
zawieźli mnie do Oakville i powierzyli opiece dziadków, sami zaś pojechali na
wypoczynek.
Dom w Oakville, noszący nazwę Greenhedges, był posiadłością nader
wytworną i nie czułem się w nim zbyt swojsko. Mój kuzyn, stale zamieszkały w
Greenhedges i starszy ode mnie o kilka lat, odkrył już swe powołanie, okazało się,
militarne i zgromadziwszy kolosalną armię ołowianych żołnierzy przygotowywał się z
jej pomocą wręcz maniacko do kariery drugiego Wellingtona. Moja prostacka
niezdolność do postawienia się w roli Napoleona rozdrażniła go do tego stopnia, że w
końcu zerwał ze mną stosunki, ograniczając je do sytuacji ściśle oficjalnych.
Babka moja, arystokratyczna dama pochodzenia walijskiego, która nigdy nie
wybaczyła małżonkowi swemu, że miał detaliczny sklep towarów żelaznych, tyleż
mnie tolerowała, co i wprawiała w lęk. Trwogę wzbudzała zresztą w większości osób,
nie wyłączając dziadka, który dawno już poszukał ucieczki w rzekomej głuchocie. Dni
spędzał w niewzruszonym spokoju, jak Buddha, kryjąc się w ogromnym skórzanym
fotelu i z pozoru niepomny burz przewalających się po korytarzach Greenhedges. A
jednak wiedziałem z całą pewnością, że słowo „whisky” potrafi dosłyszeć, choćby je
wyszeptano w pokoju odległym o trzy piętra.
Nie mając bratniej duszy w Greenhedges zająłem się samotną włóczęgą,
zdecydowanie uchylając się od marnowania energii na jakiekolwiek sprawy choć

7
trochę pożyteczne; a tym samym — gdyby ktokolwiek miał dość rozsądku, aby to
spostrzec — określając się niedwuznacznie co do przyszłej drogi życiowej.

W pewien upalny dzień letni szedłem sobie bez celu wzdłuż krętego
strumyczka, aż trafiłem na zatęchłą kałużę. Na jej dnie, trochę tylko przykryte
zielonym kożuchem, leżały trzy sumy o pyskach już ledwie zipiących. Zaciekawiły
mnie. Wywlokłem je patykiem na brzeg i czekałem, kiedy wreszcie zdechną; a one nie
chciały zdechnąć. Za każdym razem, kiedy byłem pewien, że są już nieżywe, któryś z
nich rozdziawiał swój brzydki, szeroki pysk w kolejnym zipnięciu. Ich uparta odmowa
pogodzenia się z losem zrobiła na mnie takie wrażenie, że znalazłem pustą blaszankę.
włożyłem je tam z garścią błotnistego kożucha i zabrałem do domu.
Zacząłem do nich odczuwać coś w rodzaju abstrakcyjnej sympatii i chęć
dowiedzenia się czegoś o nich. Wyłonił się jednak poważny problem: gdzie je
trzymać, gdy znajomość nasza będzie dojrzewała? W Greenhedges nie używało się
balii. Owszem, była wanna, ale z nie pasującą zatyczką, tak że woda wyciekała z niej
po kilku minutach. Przyszła pora kłaść się do lóżka, a ja wciąż jeszcze nie
rozwiązałem tego problemu; w końcu przeczucie, że nawet i te dzielne ryby nie
przeżyją całej nocy w blaszance, zmusiło mnie do zastosowania środka, przyznaję,
rozpaczliwego, mianowicie do tymczasowego zakwaterowania ich w muszli
staroświeckiego klozetu babci.
Byłem wówczas zbyt młody, aby docenić specyficzne kłopoty, jakie niesie ze
sobą wiek podeszły. Jeden z nich stał się bezpośrednio odpowiedzialny za
dramatyczne a nieoczekiwane spotkanie, do jakiego doszło tej nocy, we wczesnych
godzinach przed świtem, pomiędzy babcią Mowat a trójką sumów.
Przeżycie to okazało się traumatyczne zarówno dla babci, jak i dla mnie, a
prawdopodobnie dla sumów też. Babcia do końca swego życia odmawiała jedzenia
wszelkich ryb, a udając się na nocne przechadzki zawsze brała ze sobą silną latarkę.
Jak to podziałało na sumy, nie jestem pewien, gdyż mój okrutny kuzyn — kiedy
rozgardiasz się trochę przyciszył — brutalnie spłukał toaletę. Na mnie zaś wywarło to
taki efekt, że zrodził się we mnie trwały pociąg do pomniejszych przedstawicieli
królestwa zwierzęcego. Słowem, od sprawy sumów zaczęła się moja kariera, najpierw

8
zamiłowanego przyrodnika, a potem biologa. Wstąpiłem na drogę wiodącą do wilczej
nory.

Moja fascynacja badaniami nad przyrodą ożywioną rozwinęła się niebawem w


prawdziwą, gorącą miłość. Przekonałem się, że nawet i ludzkie istoty, z którymi
zetknęły mnie te zamiłowania, też mogą być fascynujące. Moim najwcześniejszym
mentorem był Szkot w średnim wieku, utrzymujący się z rozwożenia lodu, ale w
istocie i po amatorsku zagorzały teriolog. Dostał on jeszcze w zaraniu swych lat
parcha, trądu, czy jakiejś podobnej choroby wieku dziecięcego i stracił wszystkie
włosy, które nigdy już mu nie odrosły; tragedia ta mogła mieć pewien związek z
faktem, że kiedy go poznałem, strawił już piętnaście lat swego życia na badaniu relacji
między linieniem letnim a występowaniem narcyzmu u susłów. Człowiek ów pokumał
się z susłami do tego stopnia, że potrafił je wywabiać poświstywaniem, aż wynurzały
się ze swych podziemnych kryjówek i obojętnie pozwalały sobie oglądać futro na
grzbiecie.
Także wśród zawodowych biologów, z którymi później przyszło mi się stykać,
nie brakowało jednostek równie interesujących. W dziewiętnastym roku życia
spędziłem lato na pracy terenowej z innym ssakoznawcą, siedemdziesięcioletnim i
obrosłym w tytuły naukowe, którego kolosalny autorytet w świecie akademickim
opierał się głównie na wyczerpujących badaniach nad bliznami macicznymi u
ryjówek. Ten czcigodny profesor jednego z wielkich uniwersytetów amerykańskich
wiedział o macicach ryjówek więcej niż ktokolwiek na świecie. Potrafił też ze
szczerym entuzjazmem rozprawiać o swym przedmiocie. Prędzej umrę, niż mi się
znudzi kontemplowanie spędzonego z nim wieczora, gdy przez godzinę trzymał w
napięciu mieszane audytorium, składające się z wędrownego handlarza futer, starej
Indianki z plemienia Kri oraz anglikańskiego misjonarza, nieprzerwanym monologiem
na temat zboczeń płciowych u samic ryjówki malutkiej. (Handlarz futer fałszywie
zrozumiał to pieszczotliwe określenie; lecz misjonarz, zaprawiony po latach wywodów
nie skażonych poczuciem humoru, niebawem sprostował jego pomyłkę.)

9
Wczesne lata mej działalności przyrodniczej były wolne i urzekające, ale kiedy
wszedłem w wiek męski i stwierdziłem, że już czas przekształcić rozrywkę w zawód,
pętla zaczęła się zaciskać. Skończyły się piękne dni uniwersalnego badacza, którego
stać na żywe pasjonowanie się wszelkimi fazami historii naturalnej, i przyszło mi się
pogodzić z niemiłą koniecznością specjalizacji, bez czego mowy nie ma o karierze
zawodowego biologa. Ale gdy rozpocząłem studia uniwersyteckie, okazało się, że
trudno mi się zdecydować na wybór tej wąskiej ścieżki.
Przez jakiś czas zastanawiałem się, czy nie pójść w ślady jednego z przyjaciół,
specjalizującego się w skatologii, nauce o ekskrementach zwierzęcych; stał się on
później czołowym skatologiem w biurze Nadzoru Biologicznego Stanów
Zjednoczonych. Ale choć nie powiem, żeby temat mnie całkiem nie interesował,
jednak nie porywał mnie aż tak bardzo, abym chciał mu poświęcić życie. Zresztą zbyt
wielu się do niego cisnęło.
Moje osobiste zdrożne skłonności ciągnęły mnie do badania żywych zwierząt w
ich własnym środowisku. Z typową dla mnie naiwnością brałem słowo biologia —
które znaczy: badanie życia — dosłownie. Zbijał mnie okrutnie z tropu ten paradoks,
że wielu moich współczesnych jak gdyby starało się unikać wszystkiego, co żyje, ile
tylko można, byle zamknąć się w starannie wyjałowionej atmosferze laboratoriów,
gdzie martwy — nieraz bardzo martwy — materiał zwierzęcy służył im za przedmiot.
Faktycznie, w czasach, które spędziłem był na uniwersytecie, stawało się niemodne
mieć do czynienia cokolwiek ze zwierzętami, choćby i martwymi. Biologowie świeżej
daty koncentrowali się na badaniach statystycznych i analitycznych, przez co surowy
materiał życia zmieniał się po prostu w żer dla maszyn liczących.
Niezdolność przystosowania się do tych nowych trendów niekorzystnie
wpłynęła na moje szanse zawodowe. Gdy studiujący ze mną koledzy już zagnieżdżali
się w różnych ezoterycznych specjalizacjach, z których większość sami sobie
wymyślali zgodnie z regułą, że będąc jedynym specjalistą na danym polu nie trzeba się
bać konkurencji, ja wciąż nie mogłem przestawić swych zainteresowań ze spraw
ogólnych na szczegółowe. W miarę zbliżania się absolutorium stwierdziłem, że
większość mych rówieśników ma już zapewnione wyśmienite posady naukowe, ja

10
natomiast tak jakbym nie miał nic do zaoferowania na rynku biologicznym. Stało się
więc nieuniknione, że skończę na etacie państwowym.

Kości zostały rzucone w pewien zimowy dzień, gdy otrzymałem z Dominialnej


Służby Zwierzostanu wezwanie informujące mnie, że zostałem zatrudniony z zawrotną
pensją w wysokości stu dwudziestu dolarów miesięcznie i że zgłoszę się natychmiast
do Ottawy.
Posłuchałem tego stanowczego rozkazu z prawie niedostrzegalnym drgnięciem
stłumionego buntu, bo jeśli mnie czegokolwiek nauczyły lata uniwersytecie, to tego,
że hierarchia naukowa wymaga od swych adeptów wysokiego standardu
posłuszeństwa, jeżeli nie służalczości.
W dwa dni później znalazłem się w stolicy Kanady, w tym wietrznym mieście o
wyszarzałej duszy, i dotarłem do obskurnego labiryntu, w którym mieści się Służba
Zwierzostanu. Tu zgłosiłem się do Głównego Teriologa, który ongiś, w dniach
bardziej beztroskich, był moim kolegą szkolnym. Niestety, w międzyczasie
przeobraził się w tak przepysznie rozkwitłego naukowca i tak był udrapowany w
profesjonalną godność, że z trudem powstrzymałem się od czołobitnego pokłonu.
Przez kilka następnych dni poddawany byłem procesowi tak zwanej „orientacji
wstępnej”, która — o ile mogłem wnosić — miała na celu wprowadzenie mnie w
podatny stan beznadziejnej depresji. W każdym razie te dantejskie rzesze biurokratów,
których odwiedzałem w ich ponurych, formaliną cuchnących jaskiniach, gdzie trawili
nie kończące się godziny na gromadzeniu przygnębiających danych lub na płodzeniu
bezsensownych notatek służbowych, nie wzbudziły we mnie entuzjazmu dla mojej
nowej pracy. Tak naprawdę nauczyłem się w tym okresie tylko jednego, mianowicie,
że w porównaniu z biurokratyczną hierarchią ottawską akademicka hierarchia
naukowa to bractwo anarchistów.
Dotarło to do mnie pamiętnego dnia, gdy uznany wreszcie za zdatnego do
inspekcji, wprowadzony zostałem do Gabinetu Wiceministra, gdzie zapomniałem się
do tego stopnia, że odezwałem się do niego per „pan”. Mój aktualny przewodnik,
pobladły raptem jak ściana i cały drżący, natychmiast wypchnął mnie sprzed Oblicza i

11
klucząc krętymi ścieżkami zaprowadził do męskiej toalety. Uklęknąwszy najpierw i
zajrzawszy pod drzwi wszystkich kabinek, by mieć całkowitą pewność, że jesteśmy
sami i nikt nas nie może podsłuchać, wyjaśnił mi udręczonym szeptem, że przenigdy
nie wolno mi, pod karą banicji, zwrócić się do Wiceministra inaczej niż per „szefie”,
chyba żebym użył przysługującego mu z wojny burskiej tytułu „pułkownik”.
Tytuły wojskowe były de rigueur. Wszystkie notatki służbowe podpisywano:
Kapitan Taki albo Porucznik Siaki, jeśli wychodziły z niższych szczebli, lub też:
Pułkownik Taki albo Brygadier Owaki, jeśli spływały w dół z wyżyn. Ktokolwiek z
personelu nie miał okazji nabyć statusu choćby quasi-wojskowego temu pozostawało
jedynie wymyślić sobie Stosowną rangę: oficera sztabowego, jeśli należał do
starszych, a odpowiednio niższą, jeśli do młodszych. Nie wszyscy podchodzili do tego
z należytą powagą i zdarzyło mi się spotkać w Sekcji Rybołówstwa nowicjusza, który
się wsławił na krótko wysłaniem do Szefa notatki podpisanej: „John Smith, p.o.
Starszy Szeregowy”. W tydzień później ten młody straceniec był już w drodze na
północny cypel wyspy Ellesmere, aby spędzać tam wygnanie mieszkając w iglu i
badając historię osobniczą cierniczka dziewięcioigłego.

Nigdzie w tych surowych biurach brak powagi nie cieszył się uznaniem, o czym
sam się miałem okazję przekonać na konferencji w sprawie mojej pierwszej misji. Na
stole konferencyjnym, w otoczeniu wielu poważnych twarzy, spoczywała wstępna
lista materiałów do zapotrzebowania w związku z tą misją. Był to imponujący
dokument, sporządzony — zgodnie z obowiązującymi dyrektywami — w pięciu
egzemplarzach i wspaniale zatytułowany:

DEZYDERATY W ZWIĄZKU Z AKCJĄ WILCZĄ

Będąc już zdenerwowany powagą zebrania, straciłem do reszty głowę, gdy


zgromadzenie przystąpiło do rozpatrywania dwunastego punktu w tym przerażającym
dokumencie:
Toaletowy, papier, norma państwowa. 12 rolek.

12
Kiedy przedstawiciel Wydziału Finansowego zgłosił ważką sugestię, że dla
oszczędności warto by zmniejszyć ten przydział, gdyby personel terenowy (to znaczy
ja) możliwie się ograniczył, dostałem histerycznego chichotu. Opanowałem się
niemalże natychmiast, ale już było za późno. Najstarsi z obecnych, dwaj „majorowie”,
wstali, skłonili się chłodno i bez słowa opuścili zebranie.
Ottawska próba ogniowa dobiegała kresu; ale jej punkt kulminacyjny miał
dopiero nadejść. Pewnego wiosennego poranka zostałem skoro świt wezwany do
gabinetu wysokiego oficera, mego bezpośredniego zwierzchnika, na odprawę przed
wyruszeniem „w pole” czyli w teren.
Mój zwierzchnik siedział za masywnym biurkiem, po którego zakurzonej
powierzchni walały się pożółkłe czaszki świstaków (od swego przybycia do
Departamentu w roku 1897 badał psucie się ich uzębienia w aspekcie statystycznym).
Za jego plecami wisiał zasępiony, brodaty portret wymarłego już dawno ssakoznawcy,
wpatrzonego we mnie złowieszczo. W powietrzu kędzierzawił się zapach formaliny,
jakby zawiewało smrodkiem z głębiej położonych salonów zakładu pogrzebowego.
Po długim milczeniu. w czasie którego bawił się złowróżbnie kilkoma ze swych
czaszek, zwierzchnik mój przystąpił do odprawy. Było w tym coś uroczystego, jakby
odprawiał specjalnego agenta, powierzywszy mu zamach na głowę państwa.
— Jest pan zapewne świadom, poruczniku Mowat — zaczął mój szef — że
Canis lupus jako problem urósł do rangi narodowej. W samym tylko ubiegłym roku
nasz Departament otrzymał aż trzydzieści siedem memorandów od członków Izby
Gmin, wyrażających głęboką troskę ich wyborców o to, abyśmy podjęli jakieś kroki w
sprawie wilka. Większość interpelacji pochodzi od takich bezstronnych i po
obywatelsku myślących grup ludności jak rozmaite kluby rybackie i myśliwskie,
przedstawiciele zaś sfer interesu — zwłaszcza producenci niektórych popularnych
rodzajów amunicji — poparli swym autorytetem uzasadnione skargi ogółu wyborców
tego Wielkiego Dominium, uskarżających się, że wilki zabijają całą zwierzynę płową,
tak iż coraz większa liczba naszych współobywateli wraca z coraz większej liczby
polowań, przynosząc z nich coraz to mniej zabitych jeleni.
Jak pan może słyszał, poprzednik mój przesłał Ministrowi wyjaśnienie takiego
stanu rzeczy, tłumacząc go tym. że pogłowie jeleni się zmniejszyło, ponieważ liczba

13
myśliwych wzrosła do tego stopnia, że przypada ich około pięciu na jednego jelenia.
Minister w dobrej wierze odczytał to chybione oświadczenie w Izbie Gmin, której
członkowie natychmiast zakrzyczeli go, wywrzaskując epitety w rodzaju: „Kłamca!” i
„Wilkolubca!”.
W trzy dni później poprzednik mój przeszedł w stan spoczynku, Minister zaś
złożył oświadczenie prasowe następującej treści: „Departament Górnictwa i Zasobów
Naturalnych zdecydowany jest uczynić wszystko, co w jego mocy, aby ukrócić rzeź,
jakiej dopuszczają się na pogłowiu jeleni stada wilków. Wyczerpujące dochodzenie w
tej tak żywotnej kwestii, przy użyciu wszelkich dostępnych Departamentowi środków,
wdrożone zostanie natychmiast. Obywatele naszego kraju mogą być pewni, że Rząd,
do którego mam zaszczyt należeć, nie zaniedba niczego, aby położyć kres tej
niedopuszczalnej sytuacji”.
W tym punkcie zwierzchnik mój chwycił jakąś szczególnie krzepką czaszkę
świstaka i zaczął rytmicznie kłapać jej szczękami, jakby podkreślał swe ostatnie
słowa:
— Poruczniku Mowat, panu powierzamy to szczytne zadanie! Teraz pozostaje
tylko, aby pan ruszył niezwłocznie w pole i jął się tego dzieła w sposób godny
wielkich tradycji naszego Departamentu. Sprawa wilka, poruczniku Mowat, jest w
pańskim ręku!
Zdołałem się jakoś wygramolić, powstać, i w mimowolnym odruchu
poderwałem rękę, aby dziarsko zasalutować, zanim uciekłem z pokoju.
Uciekłem także z Ottawy... jeszcze tej nocy, samolotem Kanadyjskich Sił
Powietrznych. Moim najbliższym celem było miasto Churchill, na zachodnim brzegu
Zatoki Hudsona; ale za nim, gdzieś w odludnych pustkach podbiegunowych
Barrenów, leżał mój cel ostateczny: wilk we własnej osobie.

14
Wilczy sok

Transportowiec Kanadyjskich Sil Powietrznych był dwusilnikową maszyną,


zdolną unieść trzydziestu pasażerów, jednakowoż po załadowaniu wszystkich moich
„dezyderatów” omal nie zabrakło miejsca dla załogi i dla mnie. Pilot, sympatyczny
porucznik lotnictwa z wąsami jak kierownica roweru, przyglądał się załadunkowi ze
szczerym osłupieniem wypisanym na czole. Nic nie wiedział o mnie poza tym, że
jestem jednym z tych osobników, których rząd wysyła w specjalnej misji do Arktyki.
Twarz jego przybierała wyraz coraz większego rozbawienia, w miarę jak wrzucaliśmy
do samolotu trzy duże wiązki szczękających paści na wilki, a potem środkową część
składanego kanu, która najbardziej przypominała wannę bez obu końców. Zgodnie z
praktyką Departamentu dziobowa i rufowa część tego kanu wysłane zostały do innego
biologa, zajmującego się badaniem grzechotników na pustyni południowego
Saskatchewanu.
Następnie ładowano moje uzbrojenie. Składało się ono z dwóch sztucerów,
rewolweru zaopatrzonego w kaburę i pas na naboje, dwóch dubeltówek i skrzyni
granatów z gazem łzawiącym, którymi nakłaniać miałem oporne wilki do wyłażenia z
nor, abym je mógł zastrzelić. Były również dwa wielkie generatory dymu z
rzucającym się w oczy napisem NIEBEZPIECZNE, mające mi służyć do przesyłania
sygnałów samolotom, w razie gdybym zabłądził, a może i na wypadek, gdyby mnie
otoczyły wilki. Arsenał mój uzupełniała skrzynia wolf getters czyli „wilkołapek”,
piekielnych urządzeń wstrzeliwujących ładunek cyjanku potasu w pysk wszelkiemu
zwierzęciu jakie się nimi zainteresuje.
Potem przyszła kolej na mój ekwipunek naukowy, obejmujący między innymi
dwa przeszło 20-litrowe kanistry, na których widok lotnikowi brwi skoczyły aż pod
pilotkę. Napis na nich opiewał: 100% Spirytus Zbożowy do Konserwacji Żołądków.
Za nimi poszły namioty, piecyki obozowe, śpiwory i wiązka siekier w liczbie
siedmiu (do dziś nie mam pojęcia, dlaczego akurat siedmiu, zwłaszcza że udawałem
się do kraju pozbawionego drzew, gdzie nawet jedna byłaby zbyteczna), narty, rakiety

15
śnieżne, uprząż dla psów, nadajnik radiowy oraz niezliczone pudla i paczki o
zawartości tak samo nieprzeniknionej dla mnie jak dla pilota.
Kiedy wszystko to się znalazło w środku, starannie zamocowane linami, pilot,
jego pomocnik i ja przeczołgaliśmy się po górze ekwipunku i wbiliśmy się do kabiny
pilota. Gruntownie wyćwiczony w nakazach tajemnicy wojskowej lotnik zdołał jakoś
powściągnąć wezbraną w nim ciekawość co do charakteru i celu mego dziwacznego
wyposażenia i ograniczył się do posępnej uwagi, że nie wyobraża sobie, jak to stare
pudło wystartuje z taką ilością bambetli. Ja też skrycie o tym powątpiewałem, ale
chociaż samolot grzechotał i rozpaczliwie jęczał, przecież zdołał się jakoś unieść.
Lot na północ był długi i bez przygód, jeśli nie liczyć, że jeden silnik nam
wysiadł nad Zatoką Jamesa i musieliśmy resztę lotu odbyć na wysokości stu
pięćdziesięciu metrów w dość gęstej mgle. Ten drobny kłopot chwilowo odwrócił
uwagę pilota od problemu, kim i czym jestem; ale kiedy wreszcie wylądowaliśmy w
Churchill, nie mógł dłużej powstrzymać swej ciekawości.
— Wiem, że to nie mój interes — zaczął przepraszająco, kiedyśmy szli w
stronę jednego z hangarów — ale jak Boga kocham, chłopie, o co chodzi?
— Och — odpowiedziałem beztrosko — po prostu będę sobie mieszkał rok lub
czy dwa z gromadą wilków.
Pilot zrobił minę jak mały chłopiec, którego słusznie przywołano do porządku,
bo za dużo sobie pozwolił.
— Przepraszam — wymamrotał ze skruchą. — Nie powinienem byt pytać.

Ten pilot nie był jedynym ciekawskim. Gdy rozpocząłem próby wynajęcia w
Churchill samolotu, który by mnie przewiózł do interioru, moje niewinne wyjaśnienia,
do czego zmierzam, w połączeniu ze szczerym wyznaniem, że nie mam pojęcia, gdzie
właściwie w tej prawie niezbadanej głuszy chcę być wysadzony, sprawiły, że albo
wybałuszano się na mnie z wrogością i niedowierzaniem, albo mrugano
konspiracyjnie. A przecież nie chciałem się zachowywać jakoś wymijająco; po prostu
stosowałem się do porządku działania, jaki mi wytyczono w Ottawie:

16
Par. 3
Rozdz. (c)
Pkt (III)
Po przybyciu do Churchill niezwłocznie udać się zaczarterowanym środkiem
transportu powietrznego we właściwym kierunku na odpowiednią odległość i tam
założyć Bazę w miejscu, gdzie stwierdzono dostatecznie obfite pogłowie wilków i gdzie
ogólne warunki są optymalne do przeprowadzenia operacji...

Instrukcje te, mimo ich stanowczego tonu, nie precyzowały zbyt ściśle owego
kierunku, czego chyba naturalnym efektem stal się wyciągnięty przez połowę ludności
Churchill wniosek, że muszę być członkiem jakiegoś potężnego gangu
specjalizującego się w kradzieży złotych kruszców, usiłującym się skontaktować z
innymi członkami gangu; podczas gdy druga połowa brała mnie za poszukiwacza
złota, który wie o tajnej kopalni skrytej gdzieś w rozległym wnętrzu Barrenów.
Później obie teorie wyparte zostały przez inną, znacznie ciekawszą. Gdy wreszcie po
wielu miesiącach nieobecności nawiązałem znów kontakt z Churchill, stwierdziłem, że
prawdziwy charakter mojej misji stał się publiczną tajemnicą: dowiedziałem się
wtedy, że faktycznie spędziłem te miesiące pływając wokół bieguna północnego na
krze lodowej i dając baczenie na działalność Rosjan, których ekipa krążyła tamże na
innej krze. Moje dwa pojemniki spirytusu uznano za czystą wódkę, służącą do
rozwiązywania języków spragnionym Rosjanom, aby wydobywać z nich najbardziej
tajemnicze z sekretów.
Gdy historia ta zyskała powszechne uznanie, wyszedłem na coś w rodzaju
bohatera; ale kiedy zaraz po przybyciu chodziłem po zimnych i zaśnieżonych ulicach
Churchill, usiłując znaleźć leśnego pilota, który by mnie dowiózł do nieznanego
miejsca przeznaczenia, nie miałem jeszcze statusu bohatera i większość ludzi, z
którymi rozmawiałem, nie okazywała mi życzliwości.
Po jakimś czasie udało mi się dotrzeć do pilota starego samolotu na płozach,
typu Fairchild, który wiązał jakoś koniec z końcem dowożąc traperów do chat na
odległych Barrenach. Kiedy mu wyłożyłem swój problem, wpadł w złość.

17
— Słuchaj, felek! — zawołał. — Chyba tylko idiota wynajmowałby samolot,
żeby lecieć gdzieś, ale sam nie wie gdzie! i tylko idiota może się spodziewać, że jakiś
facet da się nabrać na takie duperelki: że on chce pomieszkać ze stadem wilków. Idź
sobie poszukaj innego chłopaka. z samolotem, dobrze? Ja nie mam czasu na głupie
żarty.
Niestety w smętnym zbiorowisku szop i chat zwanym Churchill nie było akurat
innego chłopaka z samolotem, choć na krótko przed moim przybyciem było ich trzech.
Jeden przeliczył się próbując wylądować na rumowisku lodowym w Zatoce Hudsona,
żeby zastrzelić białego niedźwiedzia — i tylko niedźwiedź ocalał. Drugi przebywał w
Winnipeg usiłując wydeptać pożyczkę na zakup nowego samolotu, jako że
dotychczasowemu skrzydło się urwało przy starcie. Trzecim był oczywiście ten, co nie
ma czasu na głupie żarty.
Nie mogąc wykonać pierwotnych poleceń zrobiłem, co mi się wydawało
najlepsze, to znaczy zwróciłem się drogą radiową do Ottawy po nowe instrukcje.
Odpowiedź przyszła natychmiast, w ciągu sześciu dni:

NIE JESTESMY W STANIE ZROZUMIEC WASZYCH TRUDNOSCI STOP


WYDANE WAM INSTRUKCJE SA CAŁKIEM JASNE STOP PRZY
STARANNYM WYKONYWANIU ICH NIE POWINNO DOJSC DO ZADNYCH
TRUDNOSCI STOP W RAZIE WYSYLANIA PLATNYCH DEPESZ DROGA
RADIOWA DO TUTEJSZEGO DEPARTAMENTU POLECA SIE WAM
OGRANICZAC SIE DO SPRAW PIERWSZORZEDNEJ WAGI I W ZADNYM
WYPADKU POWTARZAM W ZADNYM WYPADKU DEPESZE TE NIE MOGA
PRZEKRACZAC ROZMIARU DZIESIECIU SŁOW STOP OCZEKUJEMY
BIEZACEGO SPRAWOZDANIA O POSTEPACH PRAC W PRZECIAGU DWOCH
TYGODNI W KTORYM TO CZASIE ZAKŁADAMY ZE ZDOLACIE NAWIAZAC
BEZPOSREDNI KONTAKT Z CANIS LUPUS STOP DEPESZE RADIOWE
KTORYCH KOSZT POKRYWANY JEST Z FUNDUSZOW DEPARTAMENTU
WINNY OGRANICZAC SIE DO ROZMIARU DZIESIECIU SLOW I TYLKO DO
SPRAW NAJWAZNIEJSZYCH I NALEZY JE FORMULOWAC JAK
NAJZWIEZLEJ STOP CO TO ZNACZY ZE MACIE TYLKO POL KANU STOP

18
KOSZT NADANEGO PRZEZ WAS RADIOGRAMU POTRACONY ZOSTANIE Z
WASZYCH POBOROW KIEROWNIK ODDZIAŁU KONTROLI
DRAPIEZNIKOW.

Najwyraźniej nic mi nie pozostało poza czekaniem na problematyczny powrót


pilota z Winnipeg. Na razie zamieszkałem w miejscowym hotelu, wielkiej,
trzeszczącej szopie, przez której dziurawe ściany w wietrzne dni przedostawała się i
osiadała w środku wirująca śnieżyca. Innych dni w Churchill nie było.
Mimo to nie próżnowałem. W Churchill roiło się wówczas od misjonarzy,
prostytutek, policji konnej, bimbrowników, traperów, przemytników futer, zwykłych
handlarzy futer i innych ciekawych postaci, a wszyscy — jak się okazało — byli
znawcami wilków. Wyszukiwałem ich kolejno i pilnie spisywałem, co mieli mi do
powiedzenia. Uzyskałem z tych źródeł mnóstwo fascynujących informacji, w
większości nigdy jeszcze nie utrwalonych w literaturze naukowej. Wykryłem, że
jakkolwiek — zgodnie z powszechnym przeświadczeniem — wilki pożerają w strefie
arktycznej po kilkuset ludzi rocznie, nigdy jednak nie rzucają się na ciężarne
Eskimoski. (Misjonarz, który dostarczył mi tej rewelacyjnej wiadomości, przekonany
był, że wilczy wstręt do brzemiennego mięsa sprzyja wysokiemu przyrostowi
naturalnemu wśród Eskimosów i powoduje ich godną ubolewania skłonność raczej do
czynności rozrodczych niż do spraw duchowych.) Powiedziano mi, że co cztery lata
wilki ulegają dziwnej chorobie, której efektem jest zrzucanie całej skóry, i że w
okresie, kiedy biegają nago, są tak wstydliwe, iż w razie podejścia do nich zwijają się
w kłębek. Badani przeze mnie traperzy poinformowali mnie, że wilki szybko
wyniszczają stada karibu; że każdy wilk zabija co roku tysiące karibu z czystej i
bezinteresownej żądzy krwi, podczas gdy żadnemu traperowi nawet by do głowy nie
przyszło zastrzelić karibu, chyba że w razie skrajnego zagrożenia. Jedna z pań
pracujących w osadzie uzupełniła to dziwną informacją, iż obfitość dużych złych
wilków napastujących dziewczęta wzrosła nieprzyzwoicie od czasu założenia tam
bazy Amerykańskich Sil Powietrznych i że jak taki wilk się do człowieka dobiera, to
nic, tylko trzeba mu się fest odgryźć.

19
Już we wczesnym okresie mych badań zapytał mnie pewien stary traper, czy nie
chciałbym, skoro już ze mnie taki miłośnik wilków, spróbować wilczego soku?
Odrzekłem, że chyba mi nie będzie smakował, ale skoro już jestem tym naukowcem i
wszystko, co się tyczy wilków, to woda na mój młyn, więc mogę spróbować. Na co
starzec ów zaprowadził mnie do jedynej w Churchill piwiarni (normalnie trzymałbym
się z dala od tego miejsca) i zapoznał mnie z wilczym sokiem: była to mieszanka
czegoś w rodzaju piwa pod nazwą Moose Brand Beer z obfitym dodatkiem
odmrażającego alkoholu, uzyskiwanego od żołnierzy z bazy lotniczej.
Wkrótce po tym, jak przeszedłem chrzest wilczym sokiem, opracowałem swój
pierwszy raport z postępów badań. Pisany odręcznie, okazał się (może szczęśliwie dla
mojej dalszej kariery w Departamencie) całkowicie nieczytelny. Nikt w Ottawie nie
mógł odcyfrować z niego ani słowa; wyciągnięto stąd wniosek, że musi to być praca
nadzwyczaj erudycyjna. Ten raport, o ile mi wiadomo, nadal znajduje się w archiwum
Departamentu i po dzień dzisiejszy sięgają doń rządowi specjaliści, którym potrzebne
są fachowe dane na temat wilków. Jeszcze miesiąc temu spotkałem biologa, który go
widział i zapewniał mnie, że nadal uchodzi on wśród wielu autorytetów za ostatnie
słowo nauki w kwestii Canis lupus.
W czasie mego przymusowego pobytu w Churchill nie tylko dokopałem się
wielu fascynujących faktów na temat wilków, ale dokonałem też samodzielnego
odkrycia — być może — jeszcze większej wagi. Odkryłem, że jeśli zmieszać Moose
Brand Beer z niewielką ilością spirytusu laboratoryjnego, w który mnie zaopatrzono,
powstaje wręcz ambrozyjska odmiana wilczego soku. Dodałem więc przewidująco
piętnaście kartonów Piwa Marki Łoś do moich „dezyderatów”. Zakupiłem też kilka
galonów formaldehydu, który — jak może potwierdzić każdy zakład pogrzebowy —
konserwuje martwe tkanki zwierzęce co najmniej równie dobrze jak zbożowy spirytus.

20
Szczęśliwe lądowanie

Mój przymusowy pobyt w Churchill dobiegi kresu w ostatnim tygodniu maja.


Przez trzy dni wyła śnieżyca; po czym trzeciego dnia, przy widoczności sprowadzonej
do zera przez oślepiające porywy śnieżnej zadymki, pod hotelem ukazał się na
wysokości zero stóp samolot i zająkawszy się jakby w agonii klapnął na lód pobliskiej
sadzawki. Wicher omal go znów nie zdmuchnął i uczyniłby to, gdyby kilku z nas nie
wybiegło z piwiarni, żeby go złapać za skrzydła.
Był to horrendalnie sfatygowany wrak dwusilnikowego samolotu, budowanego
w 1938 roku dla wojska jako samolot szkoleniowy. Po długich latach służby
wyrzucono go na złom, ale natychmiast go wskrzesił ten drągal o wpadniętych oczach,
były pilot RAF-u, pogrążony w złudzeniach na temat uruchomienia własnej linii
lotniczej w północnej Kanadzie. Wysiadł ze skrzypiącej maszyny, kiedy myśmy się
szamotali, żeby ją utrzymać na ziemi, i odwinąwszy sobie z twarzy metrowy szalik
barwy wiśniowej, przedstawił się. Powiedział, że leci z Yellowknife, około siedmiuset
mil na północny zachód, i że wybiera się do The Pas. — Czy to jest The Pas? —
Poinformowaliśmy go łagodnie, że The Pas znajduje się o jakieś czterysta mil na
południowy zachód. Wiadomość ta jakby go wcale nie zmartwiła. — A co tam, jak
burza, to byle port! — odparł wesoło i wraz ze swoim niemrawym mechanikiem, który
też wychynął, udał się z nami do piwiarni.
W tejże piwiarni, już tak nieco później, zwierzyłem mu się ze swoich kłopotów.
— Nie ma sprawy — rzekł, wysłuchawszy mnie w skupionym milczeniu. —
Jutro dopełnię bak i podrzucę cię, gdzie chcesz. Że kurs na północny zachód, to dla
nas lepiej. Na każdym innym kompas mi nawala. Polecimy nisko i będzie fajnie. Jak
zobaczymy kupę wilków, to cię wyładujemy i cześć.

Prawie dotrzymał słowa, choć najbliższe trzy dni nie sprzyjały lotom: najpierw
z powodu chmur aż do ziemi, a potem dlatego, że wyposażony w narty samolot zaczął
poważnie kuleć wskutek feleru w jednym z hydraulicznych cylindrów podwozia. Na
pogodę nie mogliśmy nic poradzić. ale cylinder hydrauliczny, jak stwierdził mechanik,

21
można było skłonić do działania wypełniając go foczym tranem. Wprawdzie i tak
przeciekał, ale za każdym razem samolot stał prosto przez jakieś dwadzieścia minut,
zanim znów przysiadł na bok jak zdychająca kaczka.
Czwartego dnia rano szykowaliśmy się do odlotu. Ponieważ samolot mógł
udźwignąć tylko niewielki ładunek, musiałem wyrzucić za burtę część mych
„dezyderatów”, wśród nich bezużyteczną ni to łódź, ni to wannę. Udało mi się jednak
wymienić galon spirytusu na pięciometrowe kanu o brezentowej powłoce, w niezłym
stanie. Pilot zapewnił mnie, że da się je zabrać uwiązane pod brzuchem samolotu.
Tu niestety brzydko nadużyłem uczynności tego zacnego chłopaka. Moje piwo
z łosiem znalazło się wśród ekwipunku odłożonego jako mniej istotny, ale któregoś
wieczora stwierdziłem, posługując się latarką, że całe piętnaście kartonów świetnie się
mieści w kanu, które po ścisłym przywiązaniu do brzucha samolotu niczym nie
zdradza swej cennej zawartości.

Dzień startu był piękny. Wiatr ze wschodu osłabi do jakichś może czterdziestu
mil na godzinę i śnieg wcale nie padał, kiedy wyrwaliśmy się z czarnej mgły morskiej,
od razu tracąc z oczu miasto Churchill, i skręciliśmy na północny zachód.
Ściśle mówiąc, nie było to aż tak łatwe. Poprzedniego dnia krótka odwilż
sprawiła, że płozy samolotu zagłębiły się na parę cali w bryję i fest przymarzły do
leżącego pod nią lodu. Pierwsza próba startu przyniosła nam tylko rozczarowanie, bo
nawet przy obu silnikach ryczących w męce samolot ani drgnął. To krnąbrne
zachowanie się było jakby niepojęte zarówno dla pilota, jak i mechanika, i
zrozumieliśmy istotę problemu dopiero, gdy kilku panów wybiegło z piwiarni i
stanęło, bezgłośnie przekrzykując się z rykiem silników i wskazując na płozy. Z
pomocą tych życzliwych pomagierów zdołaliśmy wreszcie wychwierutać samolot z
przymarznięcia i oswobodzić go, ale słaby cylinder tymczasem znów się zapadł
powodując kolejną zwłokę, gdy aplikowano mu następny zastrzyk z foczego tranu.
Uwolniona wreszcie do rozbiegu maszyna zawiodła jednak swego pilota, nie chcąc się
ani rusz unieść w powietrze. Muskaliśmy powierzchnię jeziorka pędząc na pełnych
obrotach, ale wciąż po lodzie. W ostatniej chwili pilot gwałtownie zawrócił drążkiem i
okręciliśmy się w poślizgu, podnosząc wielki bryzg śniegu i omal się nie

22
przewróciwszy, zanim udało się nam z pewnym zakłopotaniem wrócić do punktu
wyjścia.
— Cholernie dziwne — rzekł pilot. — Powinna się podnieść, wiesz, naprawdę
powinna. E tam! Wyładujemy te zapasowe beczki paliwa, to będzie mieć więcej
udźwigu.
W zapasowych beczkach było paliwo na powrót do Churchill, więc wydawało
mi się, że pozbywać się go to rzecz ryzykowna, ale w końcu on tutaj dowodzi i jego
sprawa.
Już bez rezerwowego paliwa (i jeszcze raz dopompowawszy ten cylinder) zdołaliśmy
przy następnej próbie unieść samolot w jego właściwy żywioł. Wprawdzie jak gdyby
niezbyt mu się tam podobało. Uparcie odmawiał wzlotu ponad pułap stu metrów, a
wskaźniki obrotów obu silników utrzymywały się mniej więcej na trzech czwartych
tego, co być powinno.
— I tak nie ma potrzeby lecieć wyżej — krzyknął mi radośnie do ucha pilot. —
Nie zobaczylibyśmy wilków. A teraz się dobrze rozglądaj.
Wyciągając szyję, aby coś wypatrzyć przez potrzaskaną w zawiłe pęknięcia
szybę z pleksiglasu, rozglądałem się, jak mogłem, ale na próżno. Lecieliśmy w
nieprzezroczystej szarej chmurze i często nie mogłem dostrzec nawet końca skrzydła.
Ani wilków nie widziałem, ani żadnego śladu ich obecności.
Posuwaliśmy się tak, bucząc. przez jakieś trzy godziny, w czasie których
moglibyśmy równie dobrze być zanurzeni w beczce z melasą, jeśli chodzi o to, co było
widać z leżącego pod nami świata. Po czym pilot wprowadził maszynę w stromy lot
nurkujący i równocześnie krzyknął do mnie:
— Lądujemy! Zostało nam benzyny akurat na powrót. Ale to dobry kraj na
wilki. Tu wilki najlepsze!

Wynurzyliśmy się spod chmury na wysokości niewiele ponad dziesięć metrów i


okazało się, że lecimy w dolinie, szerokiej na milę, między wysokimi skalami, nad
powierzchnią zamarzniętego jeziora. Bez chwili wahania pilot wylądował i cokolwiek
bym mógł przedtem pomyśleć o jego lotniczych umiejętnościach, ten akurat manewr
zrobił na mnie duże wrażenie, gdyż wylądował na naszej jedynej dobrze

23
funkcjonującej narcie. Dopiero gdy samolot już prawie całkiem wytracił szybkość, dał
mu z wolna osiąść na szwankującej prawej łapie.
Nie wyłączył silników.
— No to jesteśmy, bracie — rzekł wesoło. — Wyskakuj. Trzeba się śpieszyć.
Będzie ciemno, zanim wrócimy do Churchill.
Mechanik wyrwał się z letargu i za parę chwil, tak mi się wydawało, cała góra
mojego ekwipunku znalazła się na lodzie, kanu odcięto i cylinder w podwoziu znów
został podpompowany do pionu.
Spojrzawszy na zawartość kanu pilot zwrócił na mnie zasmucone spojrzenie.
— Niezupełnie fair, co? — zapytał. — A zresztą! Pewno ci to będzie potrzebne.
No to cześć. Wrócę po ciebie gdzieś na jesieni, jak to stare pudlo się nie rozwali. Ale
się nie martw. Na pewno tu jest kupa Eskimosów. Oni cię jak nic odwiozą do
Churchill.
— Dzięki — rzekłem potulnie. — Ale tak dla porządku, mógłbyś mi
powiedzieć, gdzie jestem?
— Przykro mi. Sam nie wiem. Może ze trzysta mil na północny zachód od
Churchill? Pi razy oko. I tak nie ma tego na mapie. No to cześć.
Drzwi kabiny się zatrzasnęły. Silniki dołożyły starań, aby przepisowo zaryczeć,
i samolot oddalił się, podskakując na wytłoczonych w lodzie sfałdowaniach, podniósł
się ociężale i przepadł w pułapie chmur.
Byłem na miejscu. W mojej bazie.

24
Czy wilk to wilk?

Rozglądając się po nagich wzgórzach ze szczytami pogrążonymi w chmurach,


po jałowych pustkowiach lodu pomarszczonego pod ciśnieniem i dalej, za doliną, po
odludnych i bezdrzewnych sfałdowaniach tundry, nie miałem wątpliwości, że jest to
wspaniały teren dla wilków. Co więcej, podejrzewałem, że wiele par wilczych ślepi
już ogląda mnie z wyrachowanym zainteresowaniem. Pogrzebawszy w górze swego
wyposażenia znalazłem rewolwer i zająłem się oceną mej sytuacji.
Nie przedstawiała mi się ona zbyt różowo. Wprawdzie dotarłem w samo serce
Barrenów okręgu Keewatin. Założyłem też poniekąd bazę, chociaż jej usytuowanie —
na zamarzniętym jeziorze, daleko od brzegu — pozostawiało wiele do życzenia. Jak
dotąd trzymałem się ściśle instrukcji, ale następny akapit w moich wytycznych brzmiał
dość arbitralnie:

Par. 3
Rozdz. (c) Pkt (1V)
Po założeniu stałej Bazy udać się niezwłocznie, za pomocą kanu i z wykorzystaniem
dróg wodnych, w celu dokonania wyczerpującej inspekcji ogólnej terenów przyległych
na odległość i w sposób, jakie okażą się znaczące w kategoriach statystycznych dla
określenia stosunku zasięgu do pogłowia Canis lupus i dla nawiązania kontaktu z
badanym gatunkiem...

Z wielką chęcią postępowałbym nadal wedle instrukcji, tylko że lód, na którym


stałem, sprawiał wrażenie solidności świadczącej, iż z poruszania się za pomocą kanu
przyjdzie mi zrezygnować na kilka tygodni, a może i na zawsze. W dodatku, nie
posiadając innego środka transportu, nie bardzo sobie wyobrażałem, jak mogę choćby
zacząć przerzucanie mojej góry ekwipunku w jakieś stałe miejsce na lądzie. Co do
nawiązania kontaktu z badanym gatunkiem, zdawało się to na razie nie wchodzić w
grę, chyba że inicjatywę zdecydują się przejąć same wilki.

25
Znalazłem się w poważnej rozterce. Wydane mi dyrektywy opracowano po
szczegółowej konsultacji ze Służbą Meteorologiczną, która zapewniła mój
Departament, iż „normalnie” jeziora i rzeki w środkowych Barrenach w porze mego
przybycia powinny już być wolne od lodu.
Odbyty przeze mnie w Ottawie kurs „orientacji wstępnej” nauczył mnie, że
nigdy się nie podaje w wątpliwość informacji pochodzących z innego departamentu; a
jeśli operacja terenowa, oparta na takich informacjach, nie wyszła, winnym okazywał
się zawsze ten facet w terenie.
W tych okolicznościach pozostawało mi tylko jedno wyjście. Mimo nie
zachęcającej reakcji, jaką wywołał mój pierwszy radiogram do Ottawy, nie miałem
innego wyboru, tylko zwrócić się jeszcze raz po nowe dyspozycje.
Wziąłem się żwawo do roboty i wydobywszy swe przenośne radio, ustawiłem
je na piramidzie ze skrzynek. Nie miałem dotąd czasu na obejrzenie tego przyrządu i
trochę osłupiałem. gdy otwarłszy Instrukcję obsługi zobaczyłem, że model, w który
mnie wyposażono, przeznaczony jest do użytku leśników i zazwyczaj nie działa na
odległość większą niż dwadzieścia mil. Podłączyłem jednak baterie, ustawiłem antenę,
pokręciłem gałkami i ponaciskałem guziki według instrukcji: i wypłynąłem na fale
eteru.
Z jakichś tam przyczyn znanych Departamentowi Transportu, który wydaje
licencje na takie ruchome nadajniki, moim hasłem wywoławczym było „Daisy Mae”.
Przez następną godzinę Daisy Mae wykrzykiwała żałośnie w ciemne podbiegunowe
niebiosa, nie uzyskując ani szeptu w odpowiedzi. Już prawie byłem gotów pogodzić
się z pesymistyczną zapowiedzią podręcznika i zaprzestać tych beznadziejnych
wysiłków, kiedy przez gwizd i szum zakłóceń W słuchawkach dobiegło mnie wątłe
echo ludzkiego głosu. Czym prędzej dostroiłem odbiornik, aż udało mi się pochwycić
bełkot słów, które po dłuższym czasie rozpoznałem jako hiszpańskie.

Ponieważ rozumiem, że niektórym z mych czytelników trudno będzie uwierzyć


w to, co teraz przyjdzie mi opowiedzieć, i ponieważ nie znam się ani trochę na
radiotechnice, pozostaje mi tylko powołać się na wyjaśnienie, jakiego mi później
udzielił ktoś ze specjalistów, z zapewnieniem, że zwyczajny biolog nie umiałby

26
wymyślić tego, co potem nastąpiło. W technicznych objaśnieniach pojawiło się
tajemnicze zjawisko zwane „ugięciem fal”, sprawiające, że przy pewnym układzie
warunków atmosferycznych może się (zwłaszcza na północy) niekiedy zdarzyć, iż
nadajnik o bardzo niewielkiej mocy sięgnie na znaczną odległość. Mój przeszedł sam
siebie. Złapana przeze mnie stacja należała do jakiegoś radioamatora w Peru.
Jego angielszczyzna była co najmniej tak niedoskonała. jak mój hiszpański,
upłynęło więc trochę czasu, nim zaczęliśmy się w ogóle porozumiewać, a i wtedy nie
opuściło go chyba przekonanie, że ja mówię gdzieś z okolic Ziemi Ognistej. Ogarniała
mnie już kompletna rozpacz, gdy wreszcie Peruwiańczyk zgodził się zanotować treść
mego posłania do szefa i przesłać ją sposobem komercyjnym do Ottawy. Pomny na
niedawne upomnienie, ograniczyłem treść do 10-wyrazowego minimum, i chyba na
szczęście, albowiem te dziesięć słów, niedokładnie zrozumianych w Peru i zapewne
doszczętnie przekręconych w podwójnym tłumaczenia, wystarczyło, aby spowodować
pewnego rodzaju kryzys, o czym dowiedziałem się po wielu miesiącach.
Może ze względu na swe południowoamerykańskie pochodzenie tekst mój
dostarczony został nie do mojego departamentu, ale do Departamentu Spraw
Zagranicznych. Tam nie zdołali z niego nic wywnioskować poza tym, że wysłano go
chyba z Ziemi Ognistej i widocznie szyfrem. Pośpieszne kwerendy z udziałem
Ministerstwa Obrony nie doprowadziły do identyfikacji szyfru, nie ujawniły też, aby
jakiś wiadomy agent kanadyjski działał w okolicach przylądka Horn.
Tylko przypadkowy zbieg okoliczności sprawił, że tajemnica w ogóle
doczekała się wyjaśnienia. W kilka tygodni później jeden z sekretarzy od Spraw
Zagranicznych, który zwykł jadać lancz w towarzystwie pewnego seniora z mojego
departamentu, opowiedział mu o tej sprawie i wspomniał mimochodem, że ta
zagadkowa depesza podpisana była VARLEY MONFAT.
Z chwalebną i dość zaskakującą bystrością senior ów doszedł do wniosku, że to
ja mogłem być nadawcą; ale przez to z kolei wyłoniła się nowa i tym bardziej dręcząca
zagadka, jako że nie zdołano wykryć nikogo, kto by się przyznał, że w ogóle
upoważnił mnie do udania się na Ziemię Ognistą. W końcu wysłano do mnie przez
konsula kanadyjskiego w Chile szereg naglących depesz z poleceniem, abym się
natychmiast zameldował w Ottawie.

27
Żadna z nich nigdy do mnie nie dotarła i nie mogłaby dotrzeć, choćby je nawet
wysłano drogą mniej okrężną, gdyż baterie w moim radiu okazały się wystarczające
tylko na sześć godzin i jedyne, co mi się jeszcze udało złapać, nim baterie wysiadły, to
program muzyki rozrywkowej z Moskwy.

Wróćmy jednak do mojej opowieści.


Zanim doprowadziłem do końca swoje sprawy w Peru, zrobiło się całkiem
ciemno i wzgórza mnie jakby obstąpiły ze wszystkich stron. Wilki na razie nie dały o
sobie znać; ale nie muszę tłumaczyć, że były wciąż obecne w mej świadomości, a
kiedy mi coś ruchomego z daleka mignęło u wylotu doliny, poczułem się tym bardziej
uwrażliwiony na wilki.
Wytężywszy słuch odkryłem cichy lecz elektryzujący odgłos — i rozpoznałem
go natychmiast! bo choć nigdy jeszcze nie słyszałem go w dziczy, za to wielokrotnie
w filmach kowbojskich. Było to niezawodnie wycie stada wilczego na tropie, a granie
ich zmierzało, tak samo niezawodnie, w moim kierunku. Przynajmniej jeden mój
problem wyglądał na rozwiązany. Wkrótce już nawiążę kontakt zbadanym gatunkiem.
Rozwiązanie tego problemu prowadziło bezpośrednio do wyłonienia się kilku nowych,
z których wcale nie najbłahszym był ten, że w rewolwerze miałem wszystkiego sześć
naboi, a nie mogłem sobie przypomnieć — choćbym zdechł — gdzie ja wpakowałem
swój zapas amunicji? Była to kwestia nie pozbawiona znaczenia, wiedziałem bowiem
z mych obfitych lektur na ten temat, że w stadzie wilczym liczba osobników może
wynosić od czterech do czterdziestu. Co więcej, sądząc po tym, jak donośne granie
wydawały biegnące ku mnie zwierzęta, podejrzewałem, że ich liczba w tym stadzie
zbliża się raczej do czterystu.
Tymczasem noc podbiegunowa dopadła mnie już na dobre, a niebawem
dopadną też wilki. Było tak ciemno, że nie zdołałbym teraz dojrzeć ich dość wyraźnie,
aby ocenić faktyczną liczebność albo wykryć przypuszczalny typ zachowania.
Postanowiłem się zatem wycofać pod odwrócone kanu, żeby obecność istoty ludzkiej
nie była zbyt ewidentna, co może wywoływać w zwierzętach skłonność do
zachowywania się w sposób nietypowy.

28
Otóż należy do podstawowych zasad w biologii, że obserwatorowi nie wolno
dopuścić do rozproszenia się uwagi; muszę jednak uczciwie przyznać, że w tych
okolicznościach niełatwo mi było zachować postawę nieodzownej w trakcie badań
koncentracji. Martwiłem się zwłaszcza o kanu. Obawiałem się, że ta lekka konstrukcja
z brezentu na cienkim szkielecie z cedru może ulec łatwo uszkodzeniu w razie nie
patyczkującego się obejścia, co kompletnie unieruchomiłoby mnie na przyszłość.
Drugi nękający mnie problem był tak niezwykły, że muszę go specjalnie podkreślić,
chociażby jako przejaw elementarnego braku logiki w ludzkim umyśle, gdy nie jest on
podporządkowany odpowiedniej kontroli. Otóż przyłapałem się na gorącym
pragnieniu: żebym teraz był ciężarną Eskimoską!
Ponieważ nie widziałem już, co się dzieje, musiałem polegać na innych
zmysłach. Moje uszy dały mi znać, kiedy stado wpadło z całym rozpędem, raz tylko
obiegło stos ekwipunku i rzuciło się prosto do mego kanu.
Straszliwy chór wycia, szczekania i skowytu prawie mnie ogłuszył, a hałas był
tak oszałamiający, że zacząłem mieć halucynacje i wydawało mi się, jak gdybym
usłyszał w ogólnym zgiełku niski, gardłowy ryk prawie ludzki:

JAKRANYZAMKNIJCIETEMORDYWYSUKINSYNY!

W tym momencie jakby się coś zakotłowało, rozległ się przeraźliwie bolesny
skowyt, a potem — jakimś cudem — zapadła kompletna cisza.

Przez długie lata ćwiczony byłem w wyciąganiu poprawnych wniosków ze


zjawisk przyrody, ale ta sytuacja mnie przerosła. Potrzeba mi było więcej danych.
Bardzo ostrożnie przyłożyłem oko do szparki między burtnicą kanu a powierzchnią
lodu. Z początku widziałem tylko nogi wilków, całe ich dziesiątki; niebawem jednak
wzrok mój przykuła inna para nóg, pojedyncza i nie mogąca należeć do wilka. Nagle
wróciła mi zdolność dedukcji. Uniosłem jeden brzeg kanu, wysadziłem głowę i
spojrzałem wzwyż, prosto w osłupiałą i nieco wystraszoną twarz młodego człowieka,
odzianego całkowicie w skóry karibu.

29
Wokół niego stało w rozsypce, wpatrując się we mnie nader nieufnie,
czternaście wielkich i groźnych psów husky, tworzących jego zaprząg. Natomiast
uczciwego wilka nie wypatrzyłem w pobliżu ani jednego.

30
Kontakt!

Oczywiście byłem rozczarowany, że moje pierwsze zetknięcie z wilkami


okazało się spotkaniem z niewilkami; ale miało to swoje dobre strony.
Młody właściciel psów, jak wyszło niebawem na jaw, był traperem o mieszanej
paranteli pół eskimoskiej, a pół białej i o kilka mil stąd miał chatę. Pasowało mi to
idealnie jako stała baza wypadowa. Poza niedużą grupą Eskimosów, do której należała
rodzina jego matki, a koczująca o siedemdziesiąt mil na północ, ten młody człowiek
imieniem Mike był jedyną ludzką istotą na obszarze co najmniej trzydziestu tysięcy
kilometrów kwadratowych. Ta pocieszająca wiadomość stanowiła gwarancję, że
moich badań nad wilkami nie zakłóci ludzka ingerencja.
Mike odnosił się do mnie początkowo z pewną rezerwą, żeby nie powiedzieć:
podejrzliwie. W ciągu osiemnastu lat swego życia nie słyszał, aby jakikolwiek samolot
wylądował w jego części Barrenów, a w ogóle widział dotąd najwyżej parę
samolotów, i to przelatujących w górze. Trudno więc mu było przyjąć do wiadomości,
że samolot, którego on nie widział i nie słyszał, wysadził mnie z olbrzymią górą
bagażu na środku jego jeziora. Z początku skłaniał się raczej do nadprzyrodzonego
wytłumaczenia mojej obecności; liznął bowiem od swego ojca, białego kupca, akurat
tyle chrześcijaństwa. żeby wystrzegać się diabła. Wolał zatem nie ryzykować. Przez
kilka pierwszych dni nie wypuszczał z ręki swej strzelby kalibru 30-30 i trzymał się na
odległość; ale wkrótce po tym, jak zapoznałem go z wilczym sokiem, odłożył strzelbę,
doszedłszy widać do wniosku, że jeśli nawet jestem diabłem, to pokusy moje są zbyt
potężne, aby się im oprzeć.
Chyba dlatego, że nie wiedział, co by tu ze mną zrobić, Mike zabrał mnie
jeszcze tej samej nocy do swej chaty. Choć nie przypominała ona w niczym pałacu,
zbudowana z okrąglaków i pokryta dachem z rozkładających się skór jelenich,
stwierdziłem od razu, że tego mi właśnie potrzeba.
Departament upoważnił mnie do wynajmowania tubylczych pomocników, byle
wydatki na to nie przekroczyły trzech dolarów miesięcznie, więc od razu dobiłem
targu z mym gospodarzem i wręczyłem mu oficjalny skrypt dłużny na dziesięć

31
dolarów za trzy miesiące mieszkania w jego chacie, tudzież za jego usługi w
charakterze przewodnika i pomagiera do wszystkiego. Wiedziałem, że jest to szczodra
zapłata na tle stawek, jakie płacą arktycznym krajowcom instytucje rządowe, misje i
przedsiębiorstwa handlowe, spodziewałem się jednak, że Departament Skarbu pogodzi
się z moją rozrzutnością wobec faktu, iż bez pomocy Mike’a mój własny Departament
poniósłby jakieś cztery tysiące dolarów strat w ekwipunku, kiedy lód na jeziorze
stopnieje.
Wnosząc z dalszego rozwoju wydarzeń. podejrzewam, że moja transakcja z
Mikiem była dość jednostronna i że nie całkiem pojął on, co z niej wynika; w każdym
razie pomógł mi ze swym zaprzęgiem psów przewieźć zapasy i ekwipunek do jego
chaty.

Przez kilka następnych dni byłem pochłonięty rozpakowywaniem ekwipunku i


urządzaniem polowego laboratorium, w którym to celu musiałem zagarnąć większość
niedużej przestrzeni w tej chatynce. Nie miałem wiele czasu dla Mike’a, zauważyłem
jednak, że sprawia on wrażenie głęboko zatroskanego. Ale ponieważ i dotąd wydawał
się być z natury milczący — z wyjątkiem odzywek do psów — i ponieważ nijako mi
było, po tak krótkiej znajomości, włazić w jego sprawy osobiste, więc nie starałem się
wykryć powodów jego strapienia. Czasem tylko próbowałem go rozerwać,
demonstrując mu to i owo z mego wyposażenia naukowego.
Pokazy te zdawały się go fascynować, choć nie wywierały pożądanego efektu,
jeśli chodzi o wydobycie go z depresji, raczej na odwrót. Kiedy pokazałem mu
cyjankowe „wilkołapki” i wyjaśniłem, że nie tylko zabijają na miejscu, ale są też
prawie nie do wykrycia, zaczął wkrótce wykazywać niedwuznaczne objawy
zachowania się irracjonalnego. Odtąd nosił ze sobą kij i zanim choćby tylko usiadł do
posiłku przy prymitywnie skleconym stole, najpierw dziwnie jakoś szturchał w
krzesło, a czasem i w talerz z jedzeniem. Także i rano, ubierając się, dźgał kijem w
buty i ubranie, zanim ich dotknął.
Innym razem, kiedy mu pokazałem cztery grosy pułapek na myszy, za pomocą
których będę gromadził drobne ssaki dla identyfikacji resztek zwierzęcych,

32
znajdowanych w żołądkach wilków, a następnie objaśniłem metodę wygotowywania
szkieletu myszy, aby spreparować go na eksponat muzealny, bez słowa wyszedł z
chaty i odtąd nie chciał mi już towarzyszyć w posiłkach.
Nie przejmowałem się zbytnio jego zachowaniem, bo miałem jakieś pojęcie o
psychologii i potrafiłem rozpoznać objawy introwertycznej osobowości. Niemniej
postanowiłem wyciągnąć Mike’a z pogrążenia się w sobie. Pewnego wieczora
zwabiłem go do kąta, gdzie urządziłem swoje przenośne laboratorium, i z durną
pokazałem mu kolekcję błyszczących skalpeli, nożyc do kości, łyżek do wymóżdżania
oraz innych skomplikowanych instrumentów, których będę używał do
przeprowadzania sekcji na zwłokach wilków, karibu i innych zwierząt. Miałem nieco
trudności z wyjaśnieniem mu, co to jest sekcja, więc otworzyłem podręcznik patologii
na rozkładowym dwubarwnym schemacie rozciętego brzucha ludzkiego i z tą pomocą
wizualną zapuściłem się w objaśnienia, gdy nagle spostrzegłem, że już nie mam
słuchacza. Mike wycofywał się z wolna ku drzwiom, wbijając we mnie czarne oczy z
wyrazem rosnącej zgrozy, i od razu pojąłem, że z wywodów mych wyciągnął fałszywe
wnioski. Podskoczyłem więc, aby go uspokoić. lecz na mój ruch on odwrócił się i
wybiegi jak szalony za drzwi.
Nie ujrzałem go już. aż następnego dnia po południu, kiedy wróciwszy z
zastawiania serii pułapek na myszy zastałem go w chacie, pakującego się jakby w
daleką podróż. Głosem tak cichym i pośpiesznym. że trudno mi go było zrozumieć,
wyjaśnił, że wezwano go nagle do chorej matki w obozie eskimoskim i przez jakiś
czas go chyba nie będzie. To mówiąc wypadł na dwór, gdzie stały już zaprzężone jego
sanie, i nie dodając więcej ani słowa pognał jak opętany na północ.
Z żalem patrzyłem na jego odjazd, bo świadomość, że odtąd będę sam na sam z
miejscowymi wilkami, jakkolwiek pocieszająca z naukowego punktu widzenia,
spotęgowała jakby tę kojarzącą się z Psem Baskeryille’ów atmosferę odludnego i
śnieżycą wymiatanego kraju, co mnie otaczał. Poza tym nie zdecydowałem się jeszcze
wyraźnie, jaka będzie najlepsza metoda podejścia do wilków, i cieszyłbym się, gdyby
to Mike nas sobie przedstawił. Jednakże chora matka miała niewątpliwie
pierwszeństwo przed moją pracą badawczą — chociaż do dziś nie mogę zrozumieć, w
jaki sposób Mike dowiedział się o chorobie swej matki.

33
Ważki problem, jak będzie najlepiej skontaktować się z wilkami, pozostał na
razie w zawieszeniu, ja zaś przystąpiłem do szkicowania planu badań. Był on
niezwykle drobiazgowy. Pod jednym tylko nagłówkiem Zachowanie płciowe udało mi
się zmieścić pięćdziesiąt jeden kwestii szczegółowych, wszystkie wymagające
zbadania. W końcu tygodnia zaczęło mi brakować papieru. Czas już był wyjść i
rozejrzeć się.

Jako że byłem nowicjuszem w Barrenach, wypadało mi się zapoznawać z tym


krajem dość ostrożnie. Toteż swą pierwszą ekspedycję w teren ograniczyłem do
okrążenia chaty w promieniu może trzystu metrów.
W toku tej wyprawy nie odkryłem właściwie nic oprócz czterystu czy pięciuset
szkieletów karibu; cały teren wokół chaty był zasłany jakby dywanem z jelenich kości.
Wiedząc już z moich badań w Churchill, że traperzy nigdy nie strzelają do karibu,
musiałem przyjąć, że zwierzęta te zostały zabite przez wilki. Zakładając, że
częstotliwość zabijania karibu jest wszędzie jednakowa, oglądana przeze mnie próbka
świadczyłaby, iż w samym tylko Keewatin wilki muszą zabijać przeciętnie około
dwudziestu milionów sztuk karibu rocznie.
Po tej nieprzyjemnej wycieczce do kostnicy minęły trzy dni, zanim ponownie
znalazłem czas na wyprawę w teren. Ze strzelbą w ręku i rewolwerem u pasa
przebyłem w tej drugiej ekspedycji odległość ćwierć mili, wilków nie spotykając.
Zauważyłem jednak ze zdumieniem, że gęstość jelenich szczątków maleje w postępie
niemal geometrycznym z odległością od chaty. Dotkliwie zaintrygowany tym, że wilki
jakby umyślnie dokonywały najgorszej rzezi tuż pod siedzibą człowieka,
postanowiłem o to zapytać Mike’a, jeśli albo kiedy go znowu zobaczę.

Tymczasem wiosna w Barrenach wybuchła gwałtownie jak wulkan. Śniegi


topniały tak szybko, że zamarznięte rzeki nie nadążały z odprowadzaniem wody, która
płynęła na wysokość dwóch metrów po lodzie. Wreszcie lód ruszył z grzmotem
eksplozji; a potem się zaparł i wkrótce rzeka, nad którą mieszkałem, wtargnęła do
chaty, przynosząc ze sobą łajno czternastu huskych, nagromadzone w ciągu długiej
zimy.

34
W końcu zator pękł i wody opadły; ale chata straciła urok, gdyż odpadki w niej
zaległy do połowy łydki i były przy tym dość odrażające. Zdecydowałem się więc
rozbić namiot na piarżystej grani powyżej chaty i tam próbowałem tego wieczora na
próżno zasnąć, gdy dobiegły mnie nieznane odgłosy. Usiadłem, poderwawszy się i
zacząłem nasłuchiwać. Odgłosy dochodziły tuż spoza rzeki, z północy, a była to
niesamowita kombinacja skomleń, skowytów i małych wyć. Mój kurczowy uchwyt na
strzelbie z wolna się rozluźnił. Jeśli już naukowiec jest w czymś biegły, to w uczeniu
się z doświadczenia; dwa razy się nie nabiorę. Krzyki te wydawał najwyraźniej husky,
chyba szczeniak, i wywnioskowałem, że musi to być jeden z psów Mike”a (miał trzy
podrośnięte szczeniaki, jeszcze nie przyuczone do zaprzęgu i biegające za nim luzem),
który się zgubił, odnalazł drogę do chaty i teraz błaga, żeby ktoś przyszedł i go
pocieszył.
Nie posiadałem się z zachwytu. Jeśli temu szczeniakowi potrzeba przyjaznej,
bratniej duszy, to jestem do usług! Czym prędzej wciągnąłem ubranie, zbiegiem nad
rzekę, spuściłem kanu i ochoczo powiosłowałem na drugi brzeg.
Szczeniak ani na chwilę nie przestał się użalać i już chciałem go pokrzepić,
wołając, ale pomyślałem, że nieznajomy głos ludzki może go spłoszyć. Wobec tego
postanowiłem go podejść i ujawnić się dopiero, kiedy będę dość blisko na kojący
pomruk.
Sądząc po brzmieniu dolatujących głosów szczeniak znajdował się o kilka
metrów od brzegu, ale posuwając się w mętnym półmroku przez połupane głazy i
krawędzie piarżysk stwierdziłem, że nasilenie głosów jest wciąż to samo, a ja do nich
jakbym się wcale nie przybliżał. Pomyślałem, że szczeniak się cofa, może z lęku.
Bojąc się, że go zupełnie spłoszę, wciąż się nie odzywałem, nawet kiedy skowyt się
urwał, pozostawiając mnie w niepewności co do właściwego kierunku. Ujrzałem
jednak majaczącą przede mną stromą grań i przypuszczałem, że kiedy osiągnę jej
krawędź, będę stamtąd miał dość dobry widok, aby wypatrzyć zabłąkane zwierzę. Już
w pobliżu grzbietu położyłem się na brzuchu (stosując wyuczoną w harcerstwie sztukę
podchodów) i ostrożnie podczołgałem się ostatni metr.
Głowa moja wynurzała się z wolna ponad krawędź — i ujrzałem swą zdobycz.
Leżał sobie, najwidoczniej odpoczywając po żałosnym wyśpiewywaniu, z nosem

35
oddalonym od mojego o niecałe dwa metry. Przyglądaliśmy się sobie w milczeniu. Nie
wiem, co działo się pod jego masywną czaszką, ale mnie roiły się w głowie myśli
nader niepokojące. Patrzyłem prosto w bursztynowe oczy całkowicie wyrośniętego
wilka arktycznego, który ważył prawdopodobnie więcej ode mnie i z pewnością był
dużo lepiej przygotowany do walki wręcz niż ja będę kiedykolwiek.
Przez kilka sekund żaden z nas się nie poruszył, tylko wpatrywaliśmy się
hipnotycznie jeden drugiemu w oczy. Wilk pierwszy się ocknął. Skokiem godnym
rosyjskiego tancerza wzbił się może na metr pionowo w powietrze i wylądował w
biegu. Podręczniki mówią, że wilk potrafi biec z szybkością bliską pięćdziesięciu
kilometrów na godzinę, ale ten nie sprawiał nawet wrażenia, że biegnie, raczej że leci
nad ziemią. W przeciągu paru sekund znikł mi z oczu.
Moja własna reakcja nie była tak efektowna, choć możliwe, że ja też pobiłem
jakiś rekord w biegu na przełaj. Mój powrót przez rzekę odbył się tak żwawo, że na
samych wiosłach wpędziłem kanu prawie na całą długość na swój brzeg. Po czym
przypomniawszy sobie, że odpowiadam za całość wyposażenia naukowego, wpadłem
do chaty, zaparłem drzwi od środka i nie bacząc na smród odpadków gnijących na
podłodze ułożyłem się najwygodniej. jak mogłem, aby spędzić resztę krótkiej nocy na
stole.
Był to męczący epizod, ale mogłem sobie przynajmniej pogratulować, że
nawiązałem wreszcie — choćby na krótko — kontakt z badanym gatunkiem.

36
Nora

Tak czy owak trudno mi było zasnąć. Stół okazał się zbyt krótki i twardy,
powietrze w chacie o wiele zbyt zawiesiste i zbyt żywa pamięć niedawnego spotkania
z wilkiem. Usiłowałem liczyć owce, ale zamieniały się w wilki, pogłębiając tylko
moją bezsenność. Gdy wreszcie spod podłogi żyjące tam rude nornice zaczęły
wydawać odgłosy w miarę zbliżone do tych, które mógłby powodować wilk węszący
u drzwi, wyrzekłem się snu, zapaliłem należącą do Mike’a lampę naftową i
postanowiłem jakoś doczekać świtu.
Wróciłem myślami do wydarzeń tego wieczora. Stwierdziłem ze zdziwieniem,
jak wiele szczegółów utkwiło mi w pamięci, mimo że spotkanie z wilkiem było tak
krótkie. Mogłem go (czy ją) ujrzeć oczyma duszy, jakbyśmy się znali od lat. Widok
tego masywnego łba o szerokiej białej kryzie, krótkich spiczastych uszach, płowych
oczach i siwym pysku utrwalił mi się na dobre w pamięci. Również widok
uciekającego wilka, jego ruchy pociągłe a żylaste i ogólne wrażenie zwierzęcia o
rozmiarach małego kucyka; we wrażeniu tym zawarte było poczucie zabójczej siły.
Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej uświadamiałem sobie, że nie
wypadłem zbyt bohatersko. Mój odwrót był pośpieszny i pozbawiony godności. Ale
wnet pocieszyła mnie myśl, że wilk też wziął nogi za pas, i poczułem się trochę lepiej;
nastrój ten mógł się zresztą wiązać ze wschodem słońca, którego szarawe i blade
światło ujawniało teraz ponury krajobraz za moim oknem.
Gdy światło pojaśniało, zacząłem nawet podejrzewać, że zmarnowałem okazję,
która w dodatku może się nigdy nie powtórzyć. Dotarło do mnie, że powinienem był
pójść za wilkiem i starać się pozyskać jego zaufanie, a co najmniej przekonać go, że
nie mam złych zamiarów wobec jego (czy jej) gatunku.
Już zaczynały się krzątać sójki kanadyjskie, codziennie przylatujące grzebać w
odpadkach u drzwi. Rozpaliłem w piecyku i zrobiłem sobie śniadanie. Następnie zaś
— w poczuciu niezłomnej decyzji — zapakowałem trochę żarcia do chlebaka,
zaopatrzyłem się w zapas amunicji do sztucera i rewolweru, na szyi powiesiłem sobie
lornetkę i ruszyłem naprawiać błąd z ubiegłego wieczora. Mój plan był prosty.

37
Zamierzałem się udać w miejsce, gdzie wilk zginął mi z oczu, odszukać trop i
posuwać się nim, aż go znajdę.
Szlak był z początku trudny i skalisty. Przebycie tego terenu zajęło mi o wiele dłużej
niż wilkowi, ale wreszcie się wspiąłem na niski grzbiet, gdzie widziałem go (czy ją) po
raz ostatni. Ujrzałem przed sobą rozległe, bagniste torfowisko, nader obiecujące z
punktu widzenia śladów; i rzeczywiście prawie natychmiast znalazłem trop wiodący
przez kawałek trzęsawiska o barwie czekolady.
Powinienem skakać z radości, ale jakoś nie czułem tej ochoty. Prawdę mówiąc,
moje pierwsze zetknięcie ze śladami łap wilczych stało się objawieniem, na które
wcale nie byłem przygotowany. Co innego przeczytać w podręczniku, że ślad łapy
arktycznego wilka ma 15 centymetrów średnicy; a co innego ujrzeć takie ślady przed
sobą w całej ich jawnej potędze. To może ostudzić zapał. Te olbrzymie ślady przede
mną, w połączeniu z krokiem długości metra, nasuwały przypuszczenie, że bestia, do
której ścigania się zabrałem, zbudowana jest mniej więcej w skali niedźwiedzia
grizzly.
Długo się przyglądałem tym śladom, a może przyglądałbym się jeszcze dłużej,
gdybym się nie spostrzegł, że nie wziąłem ze sobą mojej kieszonkowej busoli.
Ponieważ lekkomyślnością byłoby zapuszczać się bez niej w nie oznakowaną dzicz, z
żalem postanowiłem zawrócić do bazy.
Przyszedłszy do chaty Mike’a nie znalazłem busoli tam, gdzie ją położyłem. A
właściwie to nie pamiętałem, gdzie ją położyłem, i czy w ogóle ją widziałem po
wyjeździe z Ottawy. Znalazłem się więc w impasie, ale żeby nie marnować czasu,
sięgnąłem po jedno ze standartowych dzieł, w które wyposażył mnie Departament, i
odszukałem rozdział o wilkach. Oczywiście czytałem go już wielokrotnie, ale niektóre
z rzucających się w oczy faktów nie odcisnęły się, jak widać, dość wyraziście w moim
umyśle. Obecnie, mając żywość wyobrażeń myślowych zaostrzoną pierwszym
spojrzeniem na prawdziwy trop wilka, odczytałem ów tekst ze świeżym
zainteresowaniem i zrozumieniem.
Wilki arktyczne, informował mnie autor, to największa z licznych odmian czy
ras gatunku Canis lupus. Zarejestrowano egzemplarze ważące 77 kg, mierzące 260 cm
od nosa do czubka ogona i 107 cm wysokości w kłębie. Dorosły osobnik rasy

38
arktycznej potrafi zjeść (i zapewne zjada w sprzyjających okolicznościach) do 15 kg
surowego mięsa na jeden raz. Zęby ma „solidnie zbudowane i przystosowane zarówno
do czynności rwania, jak i żucia, co pozwala ich posiadaczowi bez trudu rozdzierać
nawet największe ssaki i miażdżyć najtwardsze kości”. Rozdział zamykało następujące
zwięzłe stwierdzenie: „Wilk jest dzikim, potężnym zabójcą. Jest on jednym ze
zwierząt, których człowiek najbardziej boi się i nienawidzi, i to nie bez powodu”.
Powód nie został podany, byłoby to zresztą zbyteczne.
Przez resztę dnia pogrążony byłem w głębokiej zadumie, a chwilami
zastanawiałem się, czy nie nazbyt optymistyczne są moje nadzieje, że pozyskam
zaufanie wilków. Co się zaś tyczy zamanifestowania, iż obce mi są wobec nich złe
zamiary — sądziłem, że to mi przyjdzie bez trudu, ale nie przyniesie wielkiej korzyści,
jeśli wilki nie odpowiedzą mi tym samym.

Nazajutrz od rana wziąłem się do czyszczenia w chacie stajni Augiaszowych i


robiąc to znalazłem swoją busolę. Położyłem ją na parapecie i wróciłem do dzieła,
niestety słońce odbijało się w jej mosiądzu i mrugało na mnie z takim wyrzutem, że
zdecydowałem się podjąć kolejny wysiłek dla przywrócenia utraconego kontaktu
pomiędzy mną a wilkami.
W tym drugim safari czyniłem postępy jeszcze powolniejsze, gdyż zabrałem ze
sobą sztucer. dubeltówkę, rewolwer z pasem, toporek i nóż myśliwski, jak również
manierkę wilczego soku na wypadek, gdybym wpadł do jednego z lodowatych
potoków.
Dzień był gorący, a wiosenne dni w strefie podbiegunowej bywają prawie tak
upalne jak w tropikach. Pierwsze moskity zapowiadały już nadejście wypełniających
niebo chmar, które wkrótce zamienią podróż po Barrenach w istne przejście przez
piekło. Odszukałem wilczy trop i bez wahania ruszyłem na szlak.
Wiódł on kilka mil prosto przez torfowiska; ale gdy wilk zapadał się ledwie na
osiem czy dziesięć centymetrów, ja pogrążałem się aż do twardego lodu na ćwierć
metra pod powierzchnią. Była to więc dla mnie ogromna ulga, gdy wspiąłem się
wreszcie na kolejne piarżysko i zgubiłem ślad.

39
Nie bardzo się wysilałem, żeby go odszukać. Rozglądając się po tym posępnym
świecie falistych torfowisk i potrzaskanych od mrozu kamieni, ciągnącym się
nieprzerwanie aż po widnokrąg tak odległy, że mógłby to być morski horyzont,
czułem się bardziej samotny niż kiedykolwiek w życiu. Gruntu pod moimi stopami nie
wprawiał w drżenie odległy huk pojazdów. Bezcielesny poświst niewidzialnej siewki
był jedynym świadectwem, że gdzieś w tym księżycowym krajobrazie bez drzew
istnieje życie.
Znalazłem jakby niszę w skałach okrytych porostem i wbiwszy się w nią
spożyłem i chlapnąłem sobie lancz. Potem ująwszy lornetkę zacząłem omiatać ten
jałowy krajobraz. szukając w nim jakichkolwiek znaków życia.
Na wprost przede mną ciągnęła się pokryta lodem zatoka wielkiego jeziora, a
na jej przeciwległym brzegu coś wreszcie urozmaicało posępnie monochromatyczny
koloryt torfowisk. Był to żółty piaszczysty esker, sięgający wysokości blisko
dwudziestu metrów i wijący się kręto, aby zginąć w oddaleniu, jak gigantyczny wąż.
Te eskery na jałowiznach to jakby odwrócone łożyska dawno nie istniejących
rzek, co płynęły niegdyś na wskroś i po wierzchu lodowców, które dziesięć tysięcy lat
temu pokrywały Barreny Keewatin na głębokość kilku tysięcy stóp. Gdy lód się
roztopił, piaszczyste koryta rzek osiadły na leżącej pod nimi ziemi, gdzie obecnie
stanowią niemal jedyne urozmaicenie dla oka w ponurej monotonii tundrowych
równin.
Przyglądałem się eskerowi dokładnie i z sympatią; wodząc po nim szkłami
dojrzałem wreszcie jakiś ruch. Odległość była duża, ale wydało mi się, jakby ktoś tuż
poza grzbietem eskeru wymachiwał rękami ponad głową. Dźwignąłem się
podekscytowany i pobiegłem truchcikiem wzdłuż grani aż tam, gdzie kończyła się na
brzegu zatoki. Byłem teraz najwyżej o trzysta metrów od eskeru i kiedy odzyskałem
oddech, popatrzyłem znów przez lornetkę.
To, co mi poprzednio mignęło, było nadal widoczne, ale teraz wyglądało jak
białe boa z piór, którym zawzięcie macha jakaś niewidzialna osoba czy też kilka osób.
Przedmiot nie dający się ani w ząb wytłumaczyć i nic, o czym bym słyszał w toku
mych studiów przyrodniczych, tutaj nie pasowało. Kiedy tak się gapiłem w osłupieniu,

40
obok pierwszego boa pojawiło się drugie, tak samo wściekle wymachujące, i oba
zaczęły się z wolna posuwać równolegle do krawędzi eskeru.
Poczułem się z lekka nieswojo, bo zjawisko to nie chciało się poddać
naukowemu wytłumaczeniu. Już o mały włos przestałbym się interesować całym tym
widowiskiem, dopóki się nie zjawi jakiś spec od zjawisk paranormalnych — kiedy bez
uprzedzenia obydwa boa skierowały się w moją stronę. unosząc się coraz wyżej, aż w
końcu dały się poznać jako ogony dwóch wilków, wspinających się na szczyt eskeru.
Górował on znacznie nade mną, stojącym na brzegu zatoki, toteż czułem się
nagi jak owa dama w słynnej reklamie biustonoszy. Przykucnąwszy, aby się stać jak
najmniejszy, wpełzłem pomiędzy skały i robiłem, co tylko mogłem, żeby się nie
rzucać w oczy. Próżna obawa! wilki nie zwracały na mnie uwagi, jeśli mnie w ogóle
dostrzegły. Były zbyt pochłonięte własnymi sprawami, które w tej chwili — co
zacząłem sobie z wolna, a z niedowierzaniem, uświadamiać — polegały na zabawie w
berka.
Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Dokazywały jak dwa miesięczne
szczeniaki! Mniejszy z wilków (który niebawem dostarczył rzeczowego dowodu, że
jest samicą) przejął inicjatywę. Kładąc głowę na przednich łapach i unosząc tyłek w
sposób wysoce nieskromny, wilczyca nagle skoczyła na dużo większego samca, w
którym rozpoznałem teraz mojego znajomego sprzed dwóch dni. On zaś, próbując
uskoczyć, potknął się i rozłożył jak długi. Natychmiast znalazła się na nim i
uszczypnęła go zręcznie w zadek, po czym odskoczyła i zaczęła go jak szalona
obiegać w kółko. Samiec pozbierał się i pogonił za nią, ale musiał dołożyć wszelkich
sił, zanim udało mu się dojść jej na tyle blisko, że z kolei on ją mógł uszczypnąć w
tyłek. Po czym role znów się odwróciły i samica jęła gonić samca, który poprowadził
ją w dzikiej kotłowaninie pod górę, przez krawędź, w dół i z powrotem przez esker, aż
w końcu oba wilki straciły grunt na stromym zboczu i poleciały obsuwając się w dół,
tworząc jeden kłąb nie do rozwikłania.
Dopiero na dole rozdzieliły się, wytrzepały sobie z sierści piasek i stały tak,
ciężko dysząc, prawie nos w nos. Po czym samica wspięła się na dwóch nogach i
dosłownie objęła samca obiema przednimi łapami, obsypując go równocześnie
pocałunkami, w których nie szczędziła długiego języka.

41
Wyglądało na to, że samiec raczej znosi tę manifestację uczuć niż rozkoszuje
się nią. Ciągłe usiłował odwrócić głowę, ale bez skutku. Mimo woli poczułem, jak
narasta we mnie sympatia do niego, bo — prawdę powiedziawszy — była to aż
niesmaczna manifestacja lubieżnej namiętności. Znosił to jednak z takim stoicyzmem,
na jaki go było stać, aż samica miała tego dość. Odwróciwszy się od niego, wspięła się
po zboczu eskeru do połowy jego wysokości... I znikła.
Zdawało się, jakby znikła bez śladu z powierzchni ziemi. Zrozumiałem dopiero,
gdy skierowałem szkła z powrotem na kawałek cienia w zagłębieniu eskeru. Ten cień
był wylotem jaskini, czy nory, i wilczyca prawie na pewno tam weszła.
Wpadłem w taki zachwyt stwierdziwszy, iż nie tylko wykryłem parę wilków,
ale przez nieprawdopodobnie szczęśliwy przypadek znalazłem również ich norę — że
zapominając o wszelkiej ostrożności wbiegłem na pobliski pagórek, ażeby lepiej
obejrzeć wylot tej nory.
Samiec, który po odejściu małżonki wałęsał się u podnóża eskaeru, od razu
mnie spostrzegł. Kilkoma susami znalazł się na szczycie eskeru i tam stanął, zwrócony
ku mnie, w postawie spiętej a groźnej czujności. Kiedy podniosłem na niego wzrok,
moje uniesienie dość nagle przygasło. Nie wyglądał już na bawiącego się szczeniaka;
przeobraził się we wspaniałą maszynę do zabijania, co wywarło na mnie takie
wrażenie, że szyjka manierki aż mi zagrzechotała o zęby.
Uznałem, że lepiej będzie tego dnia już nie przeszkadzać wilczej rodzinie, bo
mógłbym ich zdenerwować i może skłonić do wyprowadzki. Wycofałem się więc. Nie
był to łatwy odwrót, bo jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie znam, jest posuwanie się
tyłem pod górę, po zboczu z potrzaskanych skał, przez półtora kilometra, będąc
obciążonym — jak ja — skomplikowanym żelastwem związanym z profesją
naukowca.
Gdy dotarłem do grzbietu, z którego po raz pierwszy dojrzałem wilki,
zerknąłem jeszcze raz przez lornetkę. Samicy wciąż nie było widać, a samiec się w
czujności swej na tyle rozluźnił, że położył się na szczycie eskeru. Kiedy na niego
patrzyłem, obrócił się kilka razy w kółko, jak to czyni pies, a potem ułożył się z nosem
pod ogon, w oczywistym zamiarze ucięcia drzemki.

42
Z ulgą zobaczyłem, że już nie interesuje się mną, gdyż byłaby to tragedia,
jeśliby moje przypadkowe wtargnięcie zbyt zaniepokoiło te wilki, z uszczerbkiem dla
tej chyba jedynej w swoim rodzaju okazji badania zwierząt, w których poszukiwaniu
zapędziłem się tak daleko.

43
Podglądacz podglądany

Nietrwałość zainteresowania, jakie okazał mi ogromny wilk, była dostatecznie


zachęcająca, aby skłonić mnie nazajutrz rano do ponownego odwiedzenia wilczej
jaskini; tylko że tym razem zamiast dubeltówki i toporka (ale wziąłem sztucer,
rewolwer i kordelas) dźwigałem silną lunetę peryskopową z trójnogiem.
Był piękny, słoneczny poranek, wystarczająco wietrzny, aby powściągnąć
straże przednie moskitów. Gdy dotarłem do zatoki przy eskerze, znalazłem wysunięty
skalny pagórek o jakieś czterysta metrów od nory, gdzie mogłem tak ustawić swoją
lunetę, aby obiektyw jej wystawał nad grzbietem, gdy ja pozostanę w ukryciu.
Wytrawnie posługując się sztuką podchodów osiągnąłem ten punkt obserwacyjny w
taki sposób, żeby wilki nie mogły mnie dostrzec, a ponieważ wiatr szedł w moją
stronę, byłem przekonany, że nie domyślą się mojego przybycia.
Kiedy wszystko już było jak trzeba, nastawiłem lunetę; ale ku mojemu
strapieniu wilków nie dostrzegłem ani śladu. Powiększenie było tak znaczne, że
widziałem niemal pojedyncze ziarenka piasku na eskerze; ale choć przepatrzyłem
każdy jego centymetr na odległość mili w jedną i drugą stronę od nory, nic nie
wskazywało, że wilki są gdzieś w pobliżu, czy kiedykolwiek były. Do południa oczy
mnie rozbolały z wysiłku, że już nie wspomnę o skurczach, i doszedłem prawie do
wniosku, że moja wczorajsza hipoteza była z gruntu fałszywa i że „nora” to tylko
przypadkowa dziura w piasku.
Zaczęło mnie ogarniać zniechęcenie, bo zaświtało mi, że cały ten
skomplikowany harmonogram i plany badań, jakie sobie naszkicowałem, funta kłaków
nie będą warte bez daleko posuniętej współpracy ze strony wilków. W tak odkrytym i
rozległym terenie znikome są szanse podejścia do wilka na odległość wzroku, chyba
że przez wyjątkowo szczęśliwy przypadek — a tego przydział swój wyczerpałem już, i
to z nadwyżką. Uświadomiłem sobie, że jeśli to, co znalazłem, nie jest wilczym
legowiskiem, to moja szansa na znalezienie prawdziwego legowiska jest mniej więcej
równa szansie odkrycia tu kopalni diamentów.

44
Wróciłem posępnie do jałowego wpatrywania się w lunetę. Esker był nadal
pusty. Nad rozprażonym piaskiem zaczęły się unosić fale gorąca, jeszcze bardziej
męczące dla oczu. O drugiej straciłem resztki nadziei. Dalsze krycie się nie miało
sensu, więc podniosłem się, zesztywniały, i wykonałem czynności przygotowawcze do
wypróżnienia się.
To szczególne, że choćby człowiek się znajdował sam na łódeczce pośrodku
oceanu albo gdzieś w nieprzebytej puszczy, okazuje się, iż sama czynność rozpinania
się wywołuje w nim dziwne uczulenie na ewentualność, że ktoś mógłby go podglądać.
W tym krytycznym momencie nikt, może z wyjątkiem ludzi nadzwyczaj pewnych
siebie, choćby się znajdował w najbardziej niewątpliwym odosobnieniu, nie może się
powstrzymać od ukradkowego zerknięcia wokół siebie dla przekonania się, czy na
pewno jest sam.
Powiedzieć, że niemiłe było dla mnie odkrycie, iż nie jestem sam, to mało; bo
za mną, w odległości nawet nie dwudziestu metrów, siedziały te nie ujawniające się
wilki.
Wygląd miały tak zrelaksowany i wygodny, jak gdyby siedziały mi za plecami
od wielu godzin. Wielki samiec miał wyraz trochę znudzony; za to wzrok wilczycy
skupiony był na mnie jakby z wyrazem bezwstydnej i wręcz lubieżnej ciekawości.
Psychika ludzka to rzecz zdumiewająca. Niemalże w każdej innej sytuacji
wpadłbym zapewne w popłoch i sądzę, że mało kto miałby mi to za złe. Ale tu
okoliczności były niezwykłe i zareagowałem na nie wybuchem oburzenia. W poczuciu
znieważonej godności odwróciłem się gwałtownie plecami do zapatrzonych wilków i
palcami trzęsącymi się z irytacji czym prędzej zapiąłem rozporek. Gdy w ten sposób
ocalona została jeśli nie moja godność, to choć przyzwoitość, zwróciłem się znów do
wilków z zajadłością, która mnie samego zdumiała:
— Sio! — wrzasnąłem. — Co wy sobie myślicie, do diabla... wy... wy...
świntuchy! Jak rany, wynocha stąd!
Wilki to zaskoczyło. Zerwały się na nogi, spojrzały po sobie z niedowierzaniem
i truchcikiem oddaliły się, zbiegły w zapadlisko i znikły gdzieś w kierunku eskeru.
Nawet się nie obejrzały.

45
Ja zaś doznałem po ich odejściu zgoła innej reakcji. Świadomość, że siedziały
Bóg wie jak długo, niemal na odległość skoku od moich bezbronnych pleców, wtrąciła
mnie w taki zamęt ducha, że nie mogłem już nawet myśleć o kontynuowaniu
czegokolwiek od punktu, w którym wilki mi przerwały. Ciężko przyparty, tak na
duchu, jak i na ciele, spakowałem czym prędzej swe manatki i ruszyłem do chaty.

Tego wieczora gubiłem się w myślach. Owszem, wysłuchano mych modlitw i


wilki współpracowały, znów mi się pokazując. Ale z drugiej strony wydany zostałem
na łup drobnej lecz nękającej wątpliwości: kto obserwuje kogo? Uważałem, że to mnie
przypada ten zaszczyt ze względu tak na moją przyrodzoną wyższość jako
przedstawiciela gatunku Homo sapiens, jak i na rozległe przygotowanie fachowe.
Tymczasem kiełkujące podejrzenie, iż odebrano mi ten zaszczyt i że w istocie to ja
byłem przedmiotem obserwacji, wyraźnie podkopało moje samopoczucie.
Aby raz na zawsze ustalić, kto tu ważniejszy, postanowiłem odwiedzić
nazajutrz rano sam wilczy esker i dokładnie zbadać hipotetyczne legowisko. Mogłem
już tam dopłynąć w kanu, bo lód na rzekach znikł do reszty, a krę na jeziorze silny
wiatr północny odpędzał od brzegu.
Do Zatoki Wilczego Domu, jak ją teraz nazwałem, płynęło mi się przyjemnie i
bez pośpiechu. Zaczęła się już, jak co roku, wiosenna migracja karibu z leśnych
rejonów stanu Manitoba na północ, ku odległym tundrom w okolicach jeziora
Dubawnt, i widziałem z kanu niezliczone ciągi karibu przecinające we wszystkie
strony torfowiska i faliste pagórki. Kiedy się zbliżyłem do eskeru, wilków nie było
widać i doszedłem do wniosku, że poszły upolować sobie na obiad karibu.
Pchnąłem kanu na brzeg i straszliwie obładowany sprzętem fotograficznym,
bronią, lornetami oraz innym wyposażeniem wspiąłem się mozolnie po ruchomych
piaskach eskeru w to zacienione miejsce, gdzie mi znikła wilczyca. Po drodze
znalazłem niewątpliwe dowody, że esker jest siedzibą wilków, a co najmniej ich
ulubionym deptakiem. Był obficie usiany odchodami i pełen wilczych tropów, które
miejscami tworzyły wyraźne ścieżki.
Nora znajdowała się w małym wyschniętym łożysku na eskerze, tak dobrze
ukryta, że już ją mijałem, nie widząc, kiedy uwagę moją zwróciło ciche popiskiwanie.

46
Odwróciłem się i ujrzałem, kilka metrów pod sobą, cztery małe, szare zwierzątka,
pochłonięte walką w stylu wolnoamerykańskim.
Nie od razu je rozpoznałem. Pucołowate lisie mordki z uszami w szpic; ciała
tłuściutkie jak pulpet i okrągłe jak dynia; krótkie, pałąkowate nóżki i sterczące małe
ogonki, tak dalekie od moich wyobrażeń o wilku, że nie od razu mózg mój zdobył się
na logiczne skojarzenie.
Nagle jedno ze szczeniąt zwąchało mnie. Rezygnując z próby odgryzienia bratu
ogona, podniosło na mnie mętne błękitne oczka. Mój widok je wyraźnie zafrapował.
Wyrwawszy się z kotłowaniny, podyrdało ku mnie, przewalając się chwiejnie; ale
niedaleko zaszło, kiedy pchła je ugryzła i siadło, żeby się podrapać.
W tej chwili dorosły wilk, nie dalej niż o pięćdziesiąt metrów, wydał z pełnego
gardła wycie, w którym wibrował alarm i przestroga.
Sielanka rozprysła się w dzikie poruszenie.
Wilczęta zmieniwszy się w szare smugi znikły w mrocznym wylocie nory. Ja
obróciłem się na pięcie ku dorosłemu wilkowi, straciłem grunt i zacząłem się osuwać
po sypkim zboczu w stronę tegoż wyjścia. Próbując odzyskać równowagę, wbiłem
lufę strzelby głęboko w piach, gdzie utkwiła, aż pas ją wytargnął, gdy oddalałem się
od niej, prędko szusując. Gorączkowo szarpałem się z rewolwerem, ale tak byłem
obwieszony sprzętem fotograficznym i skrępowany pasami od ekwipunku, że nie
zdążyłem go wydobyć, kiedy z rosnącą lawiną piasku przeleciałem koło wejścia do
nory, potem za główną krawędź i w dół przez całą wysokość zbocza eskeru. Jakimś
cudem utrzymałem się na nogach, ale tylko dzięki nadludzkim wykrętasom, w których
na przemian to leciałem na pysk jak narciarz za brzeg skoczni, to przegięty do tyłu pod
takim kątem, że prawie czułem, jak mi pęka kręgosłup.
Musiało to być niezwykłe widowisko. Kiedy zdołałem stanąć prosto i obejrzeć
się wzwyż na esker, zobaczyłem trzy dorosłe wilki w jednym szeregu, jak widzowie za
barierą loży królewskiej, patrzące na mnie z góry z wyrazem niedowierzania i
zachwytu.
Wściekłość mnie poniosła. Rzadko się to zdarza naukowcom, ale mnie się
zdarzyło. Moja godność osobista była w ciągu kilku ubiegłych dni już nazbyt
podkopywana i naukowe poczucie dystansu nie mogło tego dłużej znieść. Charcząc z

47
desperacji podniosłem strzelbę. ale na szczęście była tak nabita piaskiem, że gdy
pociągnąłem za cyngiel, nic z tego nie wynikło.
Wilki nie sprawiały wrażenia szczególnie zaniepokojonych, póki nie zobaczyły,
jak się miotam w bezsilnej furii, wymachując bezużyteczną strzelbą i wrzucając im do
nastawionych uszu najplugawsze wyzwiska; wówczas wymieniły zdziwione
spojrzenia i bezgłośnie zeszły mi z oczu.
Ja też się wycofałem, nie będąc w odpowiedniej formie psychicznej do
kontynuowania mych trudnych obowiązków naukowca. Prawdę powiedziawszy, nie
byłem w odpowiedniej psychicznej formie do niczego poza tym, żeby pośpieszyć do
chaty Mike’a i poszukać pociechy dla starganych nerwów i zeszmaconej próżności na
dnie dzbanka wilczego soku.
Odbyłem tej nocy długie a zbawienne posiedzenie w tym towarzystwie i gdy
pod jego leczniczym wpływem moje duchowe obrażenia stały się mniej bolesne,
rozważyłem sobie na świeżo wydarzenia z kilku ubiegłych dni. Mój ukształtowany
przez uprzedzenia umysł zmuszony byt dojść do nieuniknionego wniosku, że
odwieczna i powszechnie przyjęta wśród ludzi koncepcja wilczego charakteru jest
oczywistym łgarstwem. W trzech różnych sytuacjach, w ciągu niecałego tygodnia,
znalazłem się kompletnie na łasce tych „dzikich zabójców” i nie tylko nie próbowały
mnie rozszarpać na kawałki, ale okazały mi powściągliwość bliską pogardy, nawet
kiedy naszedłem ich dom i stworzyłem wrażenie, że zagrażam bezpośrednio ich
dzieciom.
Było to oczywiste, a jednak miałem dziwne opory przed wyrzuceniem tego
mitu na śmietnik. Część tych sporów na pewno wynikała z myśli, że odrzucając
uznane pojęcia o naturze wilków popełnię zdradę wobec nauki; część ze świadomości,
że ujawnienie prawdy obedrze moją misję z jej subtelnej aury niebezpieczeństwa i
wielkiej przygody; a nie najmniejsza część oporów prawdopodobnie wynikała z mojej
niechęci do przyznania się, że przerobiony zostałem na skończonego idiotę — nie
przez moich ludzkich bliźnich, tylko przez nierozumne bestie.
Mimo wszystko nie dałem się. Kiedy nazajutrz rano wynurzyłem się z mej
konferencji sam na sam z wilczym sokiem, byłem nieco sfatygowany w sensie
fizycznym; ale odświeżony i oczyszczony duchowo. Zmagałem się z mymi diabłami i

48
zwyciężyłem. Podjąłem decyzję, że od tej chwili będę wkraczał w świat wilczy bez
żadnych uprzedzeń, ucząc się patrzeć na wilki i poznając je nie takie, jakimi rzekomo
miały być, tylko jakimi są w rzeczywistości.

49
Wytyczanie terenu

W ciągu następnych kilku tygodni wprowadziłem swe postanowienie w czyn z


dokładnością, z jakiej zawsze słynąłem. Przeniosłem się całkowicie do wilków. Przede
wszystkim założyłem własne legowisko tak blisko siedziby wilków, jak tylko było
dogodnie możliwe bez nadmiernego zakłócania spokojnego biegu ich życia. Byłem
bądź co bądź obcym, i to nie z wilkowatych, sądziłem więc, że nie wypada się
posuwać za szybko i za daleko.
Porzuciwszy chatę Mike’a (z niemałą ulgą, bo z ocieplaniem się dni wzrastał i
smród) rozstawiłem sobie maty namiocik na brzegu zatoki, naprzeciwko eskeru z ich
norą. Mój ekwipunek obozowy sprowadziłem do absolutnego minimum: jego
podstawą stały się nieduży prymus, garnek, czajnik i śpiwór. Nie wziąłem ze sobą
żadnej broni, choć zdarzało mi się tego żałować, co prawda tylko przelotnie. Wielką
lunetę ustawiłem w samym wyjściu z namiotu w ten sposób, żebym mógł obserwować
norę dniem i nocą, nie wyłażąc nawet ze śpiwora.
W pierwszych dniach mego pobytu z wilkami siedziałem stale w namiocie, z
wyjątkiem krótkich a nieodzownych wypadów na dwór, wtedy tylko podejmowanych,
gdy wilków nie było widać. Cel tego ukrywania się był taki, aby zwierzęta
przyzwyczaiły się do namiotu i brały go po prostu za jeszcze jedną górkę w terenie,
gdzie i tak jest ich pełno. Później, gdy rozkwitło już pogłowie moskitów, przebywałem
w namiocie właściwie bez przerwy, chyba że dmuchnął silny wiatr, jako że najbardziej
krwiożerczymi bestiami w Arktyce są nie wilki, lecz nienasycone moskity.
Podejmowane przeze mnie ostrożności, aby nie przeszkadzać wilkom, okazały
się zbyteczne. Ja potrzebowałem tygodnia, żeby się w nich rozeznać, natomiast one we
mnie rozeznały się chyba przy pierwszym spotkaniu; i jakkolwiek nie było nic jawnie
pogardliwego w ich niedwuznacznej ocenie mojej osoby, potrafiły ignorować moją
obecność, a nawet moje istnienie, w sposób tak absolutny, że aż wprawiający w
zakłopotanie.
Przez czysty przypadek rozbiłem swój namiot o dziesięć metrów od jednej z
głównych ścieżek używanych przez wilki, gdy wyruszały albo gdy wracały ze swych

50
łowisk położonych na zachód; w parę godzin po tym, jak się wprowadziłem, jeden z
wilków wracając z wyprawy odkrył mnie i mój namiot. Miał za sobą ciężko
przepracowaną noc, był wyraźnie zmęczony i śpieszyło mu się w domowe pielesze.
Wyszedł spoza niedużego wzniesienia o pięćdziesiąt metrów ode mnie, z
przymkniętymi oczyma, schyloną głową i zajęty własnymi sprawami. Nie miał w
sobie nic z nadprzyrodzonej czujności i podejrzliwości zwierzęcia z fikcji, a był tak
pochłonięty, że zbliżył się wprost do mnie na piętnaście metrów i może minąłby
namiot w ogóle nie zauważając go. gdyby nie to, że trąciłem łokciem o czajnik i
narobiłem brzęku. Wilk podniósł głowę i oczy mu się szeroko rozwarty, ale nie
przystanął i nawet nie zmienił kroku. Zaszczycił mnie tylko krótkim spojrzeniem z
ukosa i poszedł swoją drogą.
Wprawdzie nie chciałem się rzucać w oczy, ale głupio mi się zrobiło, że mnie
tak kompletnie ignorują. Jednak w ciągu następnych dwóch tygodni prawie co noc
jeden lub więcej wilków używało ścieżki koło mego namiotu — i nigdy, oprócz
jednego pamiętnego wypadku, nie okazały mi śladu zainteresowania.
Zanim się to zdarzyło, dowiedziałem się już sporo o moich wilczych sąsiadach,
a jeden z nasuwających się faktów był ten, że nie są to — wbrew dość powszechnemu
przekonaniu — koczujące włóczęgi, lecz zwierzęta osiadłe i posiadacze rozległych,
stałych dóbr o ściśle określonych granicach.
Terytorium należące do mojej rodziny wilczej obejmowało do czterystu
kilometrów kwadratowych, z jednej strony ograniczone rzeką, ale poza tym bez granic
geograficznych. Mimo to istniały granice, ściśle oznaczone po wilczemu.
Kto widział, jak pies robi obchód sąsiedztwa i zostawia swój podpis na każdym
nastręczającym się slupie, z pewnością już się domyślił, jak wilki oznaczają swoją
posiadłość. Mniej więcej raz na tydzień klan obchodził dobra rodzinne i odświeżał
znaki graniczne: coś w rodzaju wilczego wbijania słupów. Ta troska o prawo
majątkowe mogła być potrzebna ze względu na obecność dwóch innych rodzin
wilczych, których ziemie przytykały do naszych, choć nigdy nie spostrzegłem śladu
sporów czy kłótni między właścicielami przyległych majętności. Dlatego
podejrzewam, że były to czynności raczej o charakterze rytualnym.

51
W każdym razie, gdy uświadomiłem sobie, jak silne jest u wilków poczucie
prawa własności, postanowiłem za pomocą tej wiedzy skłonić je przynajmniej do tego,
aby wreszcie uznały fakt mojego istnienia. Pewnego wieczora, gdy wilki udały się na
swe regularne nocne polowanie, wytyczyłem swoją własną działkę o powierzchni
może hektara, z namiotem w środku, zawłaszczając też stumetrowy odcinek wilczej
ścieżki.
Wytyczenie tej posiadłości okazało się nadspodziewanie trudne. Aby mieć
pewność, że roszczenie moje nie przejdzie nie zauważone, czułem się zobowiązany
pozostawiać swój znak własności na kamieniach, na kępkach mchu i zaroślach wzdłuż
całego obwodu w odstępach nie większych niż pięć metrów. Zajęło mi to prawie całą
noc i wymagało częstych powrotów do namiotu dla spożywania znacznych ilości
herbaty; ale zanim świt sprowadził łowców do domu, zrobiłem swoje i wycofałem się,
nieco wyczerpany, aby zaobserwować skutki.
Nie przyszło mi długo czekać. O godzinie 08.14, jak zanotował mój wilczy
dziennik, przywódca klanu pojawił się spoza grani za mną, zmierzając do domu ze
zwykłym sobie wyrazem zaabsorbowania. Jak zwykle nie raczył spojrzeć na mój
namiot; ale gdy dotarł do miejsca, w którym granica mojej posiadłości przecięła
ścieżkę, stanął tak raptownie, jakby wpadł na niewidzialną ścianę. Był tylko piętnaście
metrów ode mnie i przez lornetkę widziałem dokładnie wyraz jego pyska.
Objawy zmęczenia znikły i zastąpił je wyraz osłupienia. Wyciągnął ostrożnie
nos i obwąchał jeden z oznaczonych przeze mnie krzaczków. Jak gdyby nie wiedział,
co to ma znaczyć albo co z tym zrobić. Po chwili kompletnego niezdecydowania
odstąpił o kilka metrów i usiadł. A potem — wreszcie — spojrzał wprost na namiot i
na mnie. Było to spojrzenie przeciągłe, pełne zastanowienia i namysłu.
Osiągnąwszy swój cel — zmusić choćby jednego wilka, żeby przyjął do
wiadomości moje istnienie — zacząłem się teraz zastanawiać, czy w ignorancji swej
nie naruszyłem któregoś z nie znanych mi wilczych praw podstawowej wagi i czy
teraz nie zapłacę za swoje zuchwalstwo. Przyłapałem się na pożałowaniu, że nie mam
broni, gdy wpatrzone we mnie spojrzenie stawało się coraz dłuższe i pełne głębszego
namysłu, coraz baczniejsze.

52
Zacząłem się czuć nader niewyraźnie, bo nie znoszę pojedynków na
wpatrywanie się, a w tym szczególnym przypadku miałem przeciwko sobie mistrza,
którego żółte ślepia stawały się bardziej złowieszcze, gdy je próbowałem przesilić.
Sytuacja robiła się nie do zniesienia. W wysiłku, żeby przełamać impas,
odchrząknąłem głośno i odwróciłem się do wilka plecami (na jedną dziesiątą
sekundy), aby mu jak najwyraźniej dać do zrozumienia, że uważam jego uparte
wpatrywanie się za niegrzeczne czy wręcz obraźliwe.
On jak gdyby zrozumiał. Wstał i jeszcze raz obwąchał mój znak, po czym jakby
się zdecydował. Pośpiesznie i z wyrazem stanowczości poniechał mnie i ruszył w
systematyczny obchód wytyczonego przeze mnie terenu. Każdy mój znak graniczny
wąchał raz czy dwa razy, a potem sta rannie umieszczał swój znak po zewnętrznej
stronie każdego kamienia lub kępki trawy. Przyglądając się zobaczyłem, jaki w
ignorancji swej popełniłem błąd. On znaczył tak oszczędnie, że wykonał cały obwód
nie tankując przy tym ani razu albo — żeby użyć troszeczkę innej metafory — zrobił
to okrążenie na jednym zbiorniku.
Uporawszy się z całą robotą — a zajęło mu to nie więcej niż kwadrans —
wrócił na ścieżkę w tym miejscu, gdzie wybiegał ona z mojej posiadłości. i oddalił się
truchcikiem do domu, pozostawiając mi niejedno do przemyślenia.

53
Wujek Albert

Od momentu jej formalnego ustanowienia przeze mnie i ratyfikowania przez


wilki moja mała enklawa na ich terytorium stała się nietykalna. Nigdy więcej żaden
wilk nie naruszył granic mej posiadłości. Czasami któryś w przejściu zatrzymał się,
aby odświeżyć parę znaków granicznych po swojej stronie, a ja — żeby nie okazać się
gorszy w zakresie ceremoniału — robiłem, co mogłem, ze swej strony. Rozwiały się
ostatnie resztki wątpliwości, jakie by się jeszcze we mnie kołatały co do
bezpieczeństwa własnej osoby, i mogłem odtąd poświęcić całą uwagę badaniu
zwierząt jako takich.
Już na wstępie odkryłem, że prowadzą one tryb życia bardzo regularny, choć
nie trzymają się przy tym niewolniczo ustalonego rozkładu zajęć. Wczesnym
wieczorem samce szły do roboty. Mogły wyruszyć o czwartej albo odłożyć to do
szóstej lub siódmej, lecz prędzej czy później wyruszały na nocne polowanie. W trakcie
polowania zapuszczały się daleko, zawsze jednak — o ile mogłem stwierdzić —
pozostając w granicach posiadłości rodzinnej. Wedle mojej oceny podczas normalnych
łowów przebywały do świtu odległość sześćdziesięciu lub więcej kilometrów. W
ciężkich czasach prawdopodobnie zapuszczały się jeszcze dalej, zdarzało się bowiem,
że wracały do domu aż po południu. Resztę dnia przesypiały, ale na swój szczególny
wilczy sposób, to znaczy zwijając się na krótkie wilcze drzemki, trwające pięć do
dziesięciu minut; po każdej z nich następowało szybkie rozejrzenie się, parę obrotów
w kółko i znów drzemka.
Samice i szczenięta prowadziły bardziej dzienny tryb życia. Gdy wieczorem
samce już wyruszyły, samica udawała się zwykle do nory i pozostawała w niej,
czasami tylko wychodząc, żeby łyknąć powietrza, napić się albo niekiedy zajrzeć do
skrytki z mięsem i coś przekąsić.
Ta skrytka warta jest osobnej wzmianki. Żywności nigdy nie przechowywano i
nie zostawiano w pobliżu nory; a za każdym razem wnoszono do niej tylko tyle, ile
trzeba do niezwłocznego spożycia. Wszelkie nadwyżki z polowania były zanoszone do
spichrza, znajdującego się w labiryncie głazów może z kilometr od nory, i tam utykane

54
w szczelinach, głównie na użytek karmiącej wilczycy, która oczywiście nie mogła
towarzyszyć samcom w dalekich wyprawach łowieckich.
Ze skrytki tej korzystała też chyłkiem para lisów, mająca norę w pobliżu. Wilki
z pewnością znały usytuowanie lisiej nory i chyba doskonale wiedziały, że się im
trochę podkrada ze skrytki; ale niczego w tej sprawie nie przedsiębrały. choć łatwo by
im przyszło wykopać i zniszczyć miot lisiąt. Lisy zaś jak gdyby nie obawiały się
wilków i nieraz widziałem, że któryś z nich przemknął się, jak cień, po eskerze w
odległości paru kroków od wilka, nie wywołując u niego żadnej reakcji.
Później doszedłem do wniosku, że prawie wszystkie jamy wilcze w Barrenach
są porzuconymi norami lisów, zajętymi i powiększonymi przez wilki. Możliwe, że
przydatność lisów jako wstępnych kopaczy nor zapewniła im nietykalność; ale wydaje
mi się bardziej prawdopodobne, że wilcza tolerancja wynika raczej z ogólnie
życzliwego charakteru. W dzień, kiedy samce się nie przemęczają, wilczyca przejawia
trochę więcej aktywności w zajęciach domowych. Również i wilczęta, wyłażące z
ciasnej nory, żeby porozrabiać, uaktywniały się — aż do całkowitego wyczerpania.
Tak więc przez dwadzieścia cztery godziny na dobę zazwyczaj albo działo się coś,
albo mogłem się przynajmniej spodziewać czegoś, co nie pozwalało mi się oderwać od
lunety.

Po pierwszych dwóch dniach i nocach prawie że nieustannej obserwacji


doszedłem niemal do granic wytrzymałości. Była to sytuacja nader frustrująca. Bałem
się zasnąć, żeby nie przegapić czegoś ważnego. Z drugiej strony zaś byłem już tak
senny, że zdarzało mi się widzieć podwójnie, jeżeli nie potrójnie; jakkolwiek ten efekt
mógł się wiązać z ilościami wilczego soku, jakie pochłaniałem dla odpędzenia snu.
Uświadomiłem sobie, że muszę podjąć jakieś drastyczne środki zaradcze, albo
cały mój program badań diabli wezmą. Nie umiałem jednak wymyślić nic
odpowiedniego, aż przyglądając się jednemu z basiorów, jak drzemie sobie rozkosznie
na górce koło nory, spostrzegłem rozwiązanie mego problemu. To bardzo proste.
Muszę się nauczyć tak drzemać jak wilk.

55
Nie zaraz mi się to udało chwycić. Eksperymentowałem zamykając oczy i
starając się zbudzić po pięciu minutach, ale bez powodzenia. Owszem, zadrzemałem
tak parę razy, a potem już w ogóle się nie zbudziłem przez siedem godzin.
Był to mój własny błąd, bo nie naśladowałem wszystkich czynności
drzemiącego wilka, a jak się później przekonałem, dla skuteczności było istotne, żeby
najpierw się zwinąć, a następnie się po każdej drzemce obrócić. Dlaczego? nie mam
pojęcia. Może zmiana pozycji pomaga w stałym pobudzaniu krążenia. Wiem jednak,
że szereg należycie wykonanych wilczych drzemek zapewnia bez porównania lepszy
wypoczynek niż ta nieprzytomna zapaść na siedem czy osiem godzin, którą człowiek
reaguje na potrzebę spoczynku.
Niestety wilcza drzemka nie bardzo się daje zaadaptować do naszej
społeczności, o czym przekonałem się po swoim powrocie do cywilizacji, gdy
dziewczyna, w której się podówczas kochałem, porzuciła mnie. Wzburzona, oznajmiła
mi na odchodnym, że wolałaby spędzić resztę życia z pasikonikiem w rachitycznej
gorączce i drgawkach niż następną noc ze mną w łóżku.

Kiedy się dokładniej dostroiłem do codziennego rytmu ich życia rodzinnego,


stwierdziłem, że coraz trudniej mi zachować nieosobiste podejście do wilków. Mimo
największych starań, aby traktować je z naukowym obiektywizmem, nie mogłem się
oprzeć wrażeniu, jakie czyniły na mnie ich indywidualne osobowości. Ponieważ ojciec
rodziny kojarzył mi się nieodparcie z pewnym królewskim dżentelmenem, u którego w
czasie wojny zatrudniałem się jako prosty żołnierz, okazało się, że nazywam go
George, chociaż w moich notatkach figurował po prostu jako wilk „A”.
Był to iście po monarszemu okazały zwierz w srebrzystobiałym płaszczu.
Chyba o jedną trzecią większy od swej samicy, nie potrzebował wcale tej nadwyżki,
aby zaznaczyć swoją aurę władczej pewności siebie. George miał prezencję. Godność
jego była niewzruszona bez manifestowania dystansu. Troszczący się o innych,
sumienny aż do przesady i serdeczny w granicach rozsądku, stanowił ten typ ojca,
którego wyidealizowany obraz pojawia się w mnóstwie rzewnych książek mających za
temat ludzkie wspomnienia rodzinne, ale którego rzeczywisty prototyp rzadko chodził

56
po ziemi na dwóch nogach. Krótko mówiąc, George był takim ojcem, do jakiego
każdy syn rad by się przyznał.
Jego żona też była niezapomniana. Smukła, niemalże czysto biała wilczyca z
bujną kryzą wokół twarzy, o szeroko rozstawionych, cokolwiek skośnych oczach,
wyglądała jak wcielenie zwodnicy. Piękna, żywiołowa i namiętna jak rzadko, w
przypływie humorów istna diablica, nie wyglądała na uosobienie macierzyństwa; a
jednak lepszej matki nie było na świecie. Okazało się, że nazywam ją Angelina, choć
nie udało mi się nigdy wyśledzić genezy tego imienia w mrocznych głębiach mej
podświadomości. Ogromnie szanowałem George’a i lubiłem go, lecz sercem
przylgnąłem do Angeliny i dotychczas nie straciłem nadziei, że znajdę gdzieś ludzką
kobietę ucieleśniającą jej wszystkie zalety.
Jako stadło Angelina i George sprawiali wrażenie tak kochającej się pary, jak
tylko można sobie wymarzyć. Nie kłócili się, o ile mi wiadomo, nigdy i nawet po
krótkim rozstaniu witali się w porywie szczerej radości. Nie szczędzili sobie objawów
najtkliwszej czułości, ale — niestety — liczne karty mego notatnika zarezerwowane
optymistycznie dla szczegółowych uwag o seksualnym zachowaniu się i czynnościach
wilków, jeśli chodzi o George’a i Angelinę, uparcie pozostawały puste.
Z uczuciem wielkiego zawodu przekonałem się, że miłość fizyczna pojawia się
w życiu pary wilków zaledwie w okresie dwóch lub trzech tygodni z początkiem
wiosny, przeważnie w marcu. Dziewicze wilczyce (a wszystkie one pozostają
dziewicami do drugiego roku życia) parzą się wtedy; ale w przeciwieństwie do psów,
które przejęły wiele zwyczajów od swych ludzkich właścicieli, wilczyce łączą się
tylko z jednym samcem i na całe życie.
O ile frazes „aż śmierć nas rozłączy” to jedna ze śmieszniejszych kpin w
obyczajach weselnych znacznej części gatunku ludzkiego, o tyle wśród wilków to po
prostu fakt. Wilki są też ściśle monogamiczne, a choć to akurat niekoniecznie uważam
za rys godny podziwu, jednakże fakt, że zwykliśmy przypisywać wilkom nie
skrępowany niczym promiskuityzm, stawia nas tu w świetle nieco obłudnym.
Chociaż nie mogłem ściśle i na pewno wiedzieć, ile czasu trwał związek
George’a i Angeliny, dowiedziałem się później od Mike’a, że co najmniej pięć lat, a to
w skali relatywnej długowieczności wilków i ludzi jest odpowiednikiem naszych

57
trzydziestu lat. Mike i Eskimosi rozpoznawali wilki na swym obszarze jako znajome
sobie osobniki, a Eskimosi (choć już nie Mike) otaczali je takim szacunkiem, że nie
pomyśleliby o ich zabiciu lub wyrządzeniu im krzywdy. Tak więc nie tylko George,
Angelina i inni członkowie rodziny byli dobrze znani Eskimosom, ale znano też od
czterdziestu albo pięćdziesięciu lat położenie ich nory, w której wychowały już swe
rodziny przez ten czas całe pokolenia wilków.

Jeden czynnik w organizacji rodziny był dla mnie z początku całkiem niepojęty.
Wizytując raz norę jeszcze na wstępie zobaczyłem trzy dorosłe wilki; a w pierwszych
dniach obserwacji mignął mi nadliczbowy wilk jeszcze kilkakrotnie. Była to dla mnie
istna łamigłówka, bo jakkolwiek mogłem się pogodzić z myślą o szczęśliwej grupie
domowników, składającej się z dwojga małżonków i gromadki szczeniąt, nie
poczyniłem jeszcze w świecie wilczym takich postępów, abym umiał wyjaśnić albo
pogodzić się z czymś wyglądającym na odwieczny trójkąt.
Kimkolwiek był ów trzeci wilk, w każdym razie była to postać. Mniejszy niż
George, nie tak zwinny i żwawy, z szarym nalotem na białym skądinąd futrze. Odkąd
pierwszy raz ujrzałem go ze szczeniakami, stał się dla mnie wujkiem Albertem.
Zaświtał jasno i słonecznie szósty poranek moich czatów; Angelina z
wilczętami korzystała z pięknej pogody. Ledwie słońce wzeszło — o trzeciej rano —
kiedy wszyscy opuścili norę i udali się na pobliski piaszczysty wzgórek. Tu wilczęta
zabrały się do swej matki z energią, która każdą ludzką samicę doprowadziłaby z
pewnością do histerii. Były głodne; ale były też po czubki uszów pełne diabelstwa.
Dwoje starało się ze wszystkich sił odgryźć Angelinie ogon, wyrywając go sobie i
tarmosząc do tego stopnia, że chyba widziałem dosłownie lecące jak pył wodny
strzępki jej futra; druga para usiłowała ją pozbawić uszu.
Angelina znosiła to z godnym podziwu stoicyzmem może przez godzinę, a
potem, strasznie wymiętoszona, spróbowała się bronić, siadając na ogonie i
zmaltretowany łeb wtykając sobie między przednie nogi. Bezowocny to był wysiłek.
Szczenięta zabrały się do jej łap i uraczony zostałem widokiem, jak szatańska
morderczyni z dzikich ostępów rozpaczliwie usiłuje sobie kryć łapy, ogon i głowę
równocześnie.

58
Dłużej nie mogła. Udręczona ponad wszelką wytrzymałość, uskoczyła od
swego potomstwa i wbiegła na wysoką piaszczystą krawędź za legowiskiem. Czwórka
szczeniąt radośnie potoczyła się w pościg, ale zanim jej zdołały dopaść, Angelina
wydała jakiś przedziwny okrzyk.
Cały problem porozumiewania się wilków miał mnie z czasem coraz bardziej i
bardziej intrygować, ale wtedy wciąż jeszcze trwałem w złudzeniu, że skomplikowane
formy porozumiewania się u zwierząt innych niż człowiek nie istnieją. Nie umiałem
nic konkretnego wyczytać z tęsknego i wysokiego krzyku Angeliny, w którym jakby
skowyt łączy się z wyciem. Wyczułem jednak w nim odcień skargi i zbudziło się we
mnie współczucie.
Nie tylko we mnie. W kilka sekund po tym krzyku jej serca, zanim horda
szczeniąt zdążyła jej dopaść, zjawił się wybawca.
Był to trzeci wilk. Spał w legowisku wyżłobionym w piasku na południowym
krańcu eskeru, gdzie opadał on pochyło i znikał w wodach zatoki. Nie wiedziałem, że
jest tam wilk, aż ujrzałem jego wychylający się łeb. Zerwał się na nogi, otrząsnął i
pobiegł truchcikiem prosto do nory, przechwytując wilczęta w momencie, gdy
szykowały się już do wspinaczki na ostatnią pochyłość, aby się dorwać do matki.
Zafascynowany przypatrywałem się, jak ruchem barku przewrócił na grzbiet
wiodącego szczeniaka i pchnął go w poślizg po zboczu w kierunku nory.
Powstrzymawszy natarcie, uszczypnął lekko innego szczeniaka w tłuściutki zadek; a
potem zagonił całą gromadę z powrotem w miejsce, które później zidentyfikowałem
jako teren do zabaw.
Nie chciałbym wkładać w usta wilkowi ludzkich stów, ale sens tego, co
nastąpiło, był jasny jak słońce.
— Jeżeli chcecie potrenować, szczeniaki — tak mogłoby to brzmieć — to
proszę! o wilku mowa.
I rzeczywiście. Przez następną godzinę bawił się z wilczętami tak zajadle, jakby
sam był jednym z nich. Gry bywały rozmaite, lecz niejedną z nich można było
rozpoznać. Najczęściej w berka, a berkiem był zawsze Albert. Skacząc, tarzając się i
przewijając wśród wilcząt nigdy nie wyszedł poza teren wzgórka do zabaw,
równocześnie tak dając pętakom do wiwatu, że w końcu się im odechciało.

59
Albert chwilę się im przyglądał, a następnie zerknąwszy na krawędź, gdzie
Angelina się teraz wylegiwała w relaksie, padł na ziemię pośród zziajanych szczeniąt,
rozłożył się na wznak i zaprosił do tortur. One zaś były nie od tego. Pozbierały się
jedno za drugim i ruszyły do bitwy. Tym razem byty naprawdę rozżarte, a wszystkie
chwyty dozwolone — przynajmniej dla nich.
Niektóre próbowały go zadławić na śmierć, tylko że ich drobne zęby,
jakkolwiek ostre, nie mogły przegryźć się przez jego gruby futrzany kołnierz. Jedno z
nich, w przypływie dziecięcego sadyzmu, obróciło się do niego tyłem i kopiąc łapami
miotało mu w pysk ulewę piachu. Inne podskakiwały wysoko, ile tylko sił w krzywych
nóżkach, aby z gromkim tupnięciem spaść Albertowi na odsłonięty i wrażliwy brzuch.
Pomiędzy jednym a drugim skokiem starały się wygryźć życie z każdej co wrażliwszej
części, jaka im podeszła pod ząb.
Zacząłem się zastanawiać ile też on wytrzyma? Najwidoczniej dużo był w
stanie wytrzymać, bo dopiero gdy szczeniaki, kompletnie wyczerpane, popadły w
całkowitą senność, on wstał ostrożnie, żeby nie podeptać rozklapcianych istotek, i
wyplątał się z nich. Nawet i wtedy nie wrócił na wygodne legowisko (z pewnością
dobrze zasłużone po nocy ciężkich łowów), lecz położył się na brzegu szczenięcego
pagórka i tam jął drzemać po wilczemu, co kilka minut rzucając krótkie spojrzenie na
szczenięta, żeby się upewnić, czy są bezpieczne i pod ręką.
Jego prawdziwy stosunek do reszty rodziny był nadal niewyjaśniony; dla mnie
jednak stał się odtąd na zawsze kochanym, poczciwym wujkiem Albertem.

60
O myszach i wilkach

Wyglądało na to, że po kilku tygodniach badań wciąż jestem równie daleki od


rozwiązania doskwierającego mi problemu: czym żywią się wilki? Sprawa nader
istotna, jako że powodem mej ekspedycji było uzyskanie zadowalającej mych
pracodawców odpowiedzi w tej właśnie kwestii.

Karibu to jedyne trawożerne zwierzę występujące w większej liczbie na


arktycznych Barrenach. Niegdyś równie liczne jak w prerii bizony, wykazywały
katastrofalny spadek pogłowia w ciągu trzech lub czterech dziesięcioleci
poprzedzających moją wyprawę na Barreny. Świadectwa uzyskiwane przez różne
placówki rządowe od myśliwych, traperów i kupców zdawały się dowodzić, że nagły
skok populacji karibu ku zagładzie spowodowany jest głównie wyniszczaniem ich
przez wilki. Toteż zatrudniającym mnie pół politykom pół naukowcom wydawało się,
że mają to jak w banku i że zbadanie relacji wilk—karibu w Barrenach musi
dostarczyć niezbitych dowodów dla potępienia wilka, gdziekolwiek istnieje, i bardziej
niż wystarczającego pretekstu do rozpoczęcia jego powszechnej eksterminacji.
Spełniłem uczciwie swój obowiązek, ale jakkolwiek pilnie szukałem dowodów, które
by zadowoliły mych przełożonych, nic takiego jak dotąd nie znalazłem. I wyglądało na
to, że nie znajdę.
Pod koniec czerwca ostatnie z wędrownych stad karibu minęły Zatokę
Wilczego Domu podążając ku wysokim Barrenom o kilkaset mil na północ, gdzie
spędzą lato.
Cokolwiek moje wilki będą jadły przez te długie miesiące, czymkolwiek będą
karmić głodne szczenięta, to w każdym razie nie mięsem karibu, gdyż karibu znikły.
Ale jeżeli nie karibu, to czym?
Rozpatrzyłem wszystkie inne możliwości, jakie mi przychodziły do głowy, i
wyglądało na to, że nie istnieje żadne osiągalne źródło pokarmu, które mogłoby
zaspokoić apetyt trzech dorosłych wilków i czworga młodych. Oprócz mojej osoby (ta
myśl prześladowała mnie kilkakrotnie) w całym kraju nie pozostało bodaj żadne

61
zwierzę, które można by uważać za odpowiednią zdobycz dla wilka. Były zające
arktyczne; ale nader rzadkie i tak szybkie, że wilk nie miał szansy żadnego złapać,
chyba przez wyjątkowo szczęśliwy przypadek. Licznie występowały pardwy i inne
ptaki; ale umiały latać, a wilki nie. Pstrąg jeziorny, lipień arktyczny, sieja i sielawa
roiły się w rzekach i jeziorach; ale wilk nie jest wydrą.
Z upływem dni tajemnica się pogłębiała. Tym bardziej nieprzenikniona, że
wilki sprawiały wrażenie całkiem nieźle odżywionych; a prawie do obłędu frustrował
mnie fakt, że dwa samce wyruszały co noc na polowanie i rano wracały, ale nigdy nie
było widać, żeby coś przyniosły.
Z tego, co ja mogłem zaobserwować, cała rodzina odżywiała się wodą i
powietrzem. Kiedyś, coraz dotkliwiej przejmując się problemem ich środków do
życia, poszedłem do chaty i upiekłem pięć bochenków chleba, które zaniosłem nad
Zatokę Wilczego Domu i położyłem przy jednej z ich ścieżek myśliwskich. Daru
mojego nie przyjęto. Co więcej, spostponowano go. A może wujek Albert, znalazłszy
bochenki, wziął je po prostu za jakiś nowy rodzaj zostawionych przeze mnie znaków
granicznych i uznał, że tak je wypada potraktować.

Wtedy też zacząłem mieć kłopoty z myszami. Rozległe obszary gąbczastych


torfowisk były idealnym środowiskiem dla kilku gatunków drobnych gryzoni, które
mogły sobie do woli ryć i gnieździć się w gotowym materacu mchów.
Robiły też inne rzeczy, i to chyba nader energicznie, bo w miarę jak czerwiec
przechodził w lipiec, w kraju aż zaroiło się od małych gryzoni. Najliczniejszymi były
lemingi. słynne w literaturze ze swych rzekomo samobójczych instynktów, a w
rzeczywistości zasługujące raczej na hymny sławiące ich niewiarygodne możliwości
rozrodcze. Norniki i rude nornice zaczęły nachodzić chatę Mike’a w takich ilościach,
że to przede mną zamajaczyło widmo głodu, jeśli nie powściągnę jakoś ich apetytu na
moje zapasy. One nie gardziły moim chlebem. Ani też moim łóżkiem; i gdy
obudziwszy się pewnego ranka stwierdziłem, że jakaś samica nornika powiła
jedenaścioro nagich potomków w poduszce mego śpiwora, zacząłem rozumieć, co
musiał czuć faraon, gdy naraził się Bogu Izraelitów.

62
Musiało to być jeszcze jednym skutkiem mojej tak gruntownej — i tak
oszałamiająco nieścisłej — indoktrynacji na temat wilka, że aż tyle czasu mi zajęło
wyjaśnienie, skąd się bierze wspaniała forma wilków przy pozornym braku
jakiejkolwiek zdobyczy godnej ich reputacji i sprawności fizycznej. Myśl o tym, że
wilki mogłyby nie tylko jadać, ale wręcz kwitnąć i mnożyć się na diecie z myszy, była
tak nie do pogodzenia z postacią mitycznego wilka, że zbyt śmieszna, aby ją
rozpatrywać. A jednak to właśnie była odpowiedź na pytanie, w jaki sposób moje
wilki zaopatrują swoją spiżarnię.
Naprowadziła mnie na to Angelina.
Raz późnym popołudniem, kiedy samce jeszcze odpoczywały, nabierając sil na
trudy nocne, wychynęła z nory i tak długo trącała nosem wujka Alberta, aż ziewnął,
przeciągnął się i dźwignął na nogi. Po czym truchcikiem opuściła okolice nory,
zmierzając po rozległej płaszczyźnie trawiastych torfowisk prosto w moją stronę,
Alberta zaś zostawiając, aby w miarę swoich możliwości zajął się dziećmi.
Nie było to nic nowego. Nieraz już widziałem, jak nakłaniała Alberta (a czasem
nawet i George’a) do pilnowania dzieci, sama zaś zbiegała nad zatokę, żeby się napić
albo — jak mylnie przypuszczałem — po prostu dla rozprostowania nóg. W tych
wyprawach udawała się zwykle na przylądek najdalszy od mego namiotu i znikała za
niskim osypiskiem; ale tym razem biegła, nie kryjąc się, w moim kierunku, obróciłem
więc lunetę tak, żeby nie stracić jej z oczu.
Wyszła prosto na skalne zalewisko i dalej, aż lodowata woda sięgnęła jej do
ramion, i napiła się. Tymczasem stadko kaczek lodówek wyleciało zza przylądka i
usiadło co najwyżej sto metrów od niej. Podniosła głowę i przyglądała się im przez
chwilę, po czym pobrnęła na brzeg i tam zaczęła się zachowywać, jak gdyby nagle
zwariowała.
Cienko ujadając jak szczeniak zaczęła gonić własny ogon; tarzać się i
przetaczać po kamieniach, kłaść na plecach, wściekle machać wszystkimi czterema
łapami w powietrzu; i w ogóle zachowywać się, jakby straciła rozum.
Skierowałem szkła z powrotem w miejsce, gdzie Albert siedział w gromadce
szczeniaków, żeby zobaczyć, czy on też spostrzegł te wariackie popisy i jak na to

63
zareaguje. Owszem, spostrzegł, a nawet przyglądał się Angelinie z żywym
zainteresowaniem, ale bez najmniejszych oznak niepokoju.
Tymczasem Angelina jakby popadła w szaleńczy paroksyzm, skakała dziko w
powietrze i kłapała zębami na nic, wydając przy tym przeraźliwe kwiki. Był to grozę
budzący widok i zauważyłem, że nie tylko Albert i ja przyglądamy się temu jak
urzeczeni. Kaczki były jakby zahipnotyzowane z ciekawości. Tak zafascynowane, aż
podpłynęły, żeby lepiej obejrzeć ten fenomen na brzegu. Coraz bliżej podpływały,
wyciągając szyje i paplając między sobą z niedowierzaniem. Im bliżej podpływały,
tym bardziej obłąkańcze stawało się zachowanie Angeliny.
Kiedy wiodąca kaczka znalazła się nie dalej niż pięć metrów od brzegu,
Angelina wykonała ku niej gigantyczny skok. Olbrzymi rozbryzg, przerażony łopot
skrzydeł i wszystkie kaczki uszły cało w powietrze. Angelina chybiła swój obiad o
centymetry.
Ten wypadek otworzył mi oczy, bo wynikała z niego tak pomysłowa obrotność
w zdobywaniu pokarmu, o jaką nie posądziłbym nawet człowieka, a co dopiero wilka.
Zaraz jednak Angelina pokazała mi, że czarowanie kaczek było tu sprawą uboczną.
Osuszywszy się za pomocą energicznych otrząsań, przy których znikała
chwilami w błękitnej mgiełce wodnych kropelek, powędrowała z powrotem po
trawiastej równinie. Ale teraz jej ruchy były całkiem inne, niż kiedy ją przemierzała w
drodze do zatoki.
Angelina miała i tak smukłą figurę, ale teraz wyciągnąwszy się, aż dosłownie
jakby stąpała na palcach, i szyję unosząc jak wielbłąd, jak gdyby zyskała kilka cali
wzrostu. Szła niezmiernie powoli przez torfowisko pod wiatr i wydawało mi się, że
nastawia uszu na najlżejszy odgłos, a widziałem, jak jej nos marszczy się, wyłapując z
powiewu najbardziej ulotne wonie.
Nagle skoczyła. Poderwawszy się na tylne nogi, jak koń usiłujący zrzucić
jeźdźca, opadła z siłą na przednie. sztywno wyprostowane przed sobą. Głowa jej
poleciała od razu w dół; jedno kłapnięcie, przełknęła i ruszyła dalej w swój balet po
torfowisku. Sześć razy w ciągu dziesięciu minut powtórzyła ten skok na proste
ramiona, i sześć razy przełknęła — choć ani razu mi nie mignęło, co to takiego? Za
siódmym razem chybiła, okręciła się i zaczęła gorączkowo kłapać w gęstwie

64
wełnianki. Tym razem, kiedy uniosła głowę, dostrzegłem wyraźnie ogon i udka myszy
trzepoczące w jej zębach. Jedno łyknięcie i znikły.
Choć zajmowało mnie ogromnie widowisko, jak jeden z najgroźniejszych
drapieżców na kontynencie poluje na myszy, nie wziąłem go zbyt serio. Myślałem, że
dla Angeliny to po prostu rozrywka; jakby przekąska. Ale kiedy zjadła bodajże
dwadzieścia trzy myszy, zastanowiłem się. Myszy są drobne, ale dwadzieścia trzy
sztuki to już solidny posiłek, nawet dla wilka.
Aż dopiero później, policzywszy sobie, że dwa i dwa to cztery, zdołałem się
pogodzić z oczywistością. Wilki znad Zatoki Wilczego Domu, a zatem — co najmniej
przez domniemanie — wszystkie wilki z Barrenów, wychowujące rodziny poza letnim
zasięgiem występowania karibu, odżywiają się głównie, albo i niemal wyłącznie,
myszami.

Jeden punkt pozostał niejasny, mianowicie: w jaki sposób transportują ułowek


myszy (który w przeciągu nocy musi urastać do zawrotnej liczby osobników) z
powrotem do nory, żeby nakarmić wilczęta? Nie zdołałem rozwiązać tego problemu,
póki nie spotkałem się z krewnymi Mike’a. Jeden z nich, uroczy facet imieniem Utek,
z którym się serdecznie zaprzyjaźniłem (i który był pierwszorzędnym, choć
niewyszkolonym, przyrodnikiem), wyjaśnił mi wreszcie tę zagadkę.
Ponieważ wilki nie mają jak nosić myszy do domu na zewnątrz, robią to
inaczej: noszą je w brzuchu. Już zauważyłem, że kiedy George lub Albert wracają z
polowania, idą prosto do nory i wczołgują się do niej. Choć wówczas jeszcze tego nie
podejrzewałem, regurgitowały tam dzienny przydział, już częściowo strawiony.
U schyłku lata, kiedy wilczęta się wyprowadziły z nory w eskerze, widziałem
kilkakrotnie, jak jeden z dorosłych wilków regurgituje dla nich posiłek. Ale gdybym
już nie wiedział, co czynią, najprawdopodobniej dorobiłbym fałszywe wyjaśnienie do
tej czynności i dalej nie byłbym ani o włos mądrzejszy w przedmiocie: jak wilki
przynoszą do domu zdobycz.
Odkrycie, że myszy stanowią główny składnik w jadłospisie wilczym, zbudziło
we mnie świeże zainteresowanie dla samych myszy. Zacząłem je natychmiast badać.

65
Operacja wstępna polegała na zastawieniu w pobliskim bagnie około stu
pięćdziesięciu pułapek na myszy, aby uzyskać próbkę mysiej populacji
reprezentatywną pod względem płci, wieku, zagęszczenia i gatunku. Wybrałem
kawałek bagna niedaleki od mego namiotu, zakładając, że będzie on typowy dla
terenów uczęszczanych przez wilki, a także dlatego, że był pod ręką, co umożliwi mi
częste przeglądanie pułapek. To był mój błąd. Na drugi dzień po zastawieniu linii
pułapek George się tam akurat zapuścił.
Ujrzałem go nadchodzącego i nie wiedziałem, co robić. Jako że nadal
przestrzegaliśmy skrupulatnie naszych granic, nie uśmiechał mi się nagły wypad z
mojej enklawy, żeby go zawrócić. Z drugiej strony zaś nie wiedziałem, jak zareaguje,
kiedy stwierdzi, że kłusowałem na jego terenie.
Doszedłszy na krawędź torfowiska przez chwilę zawęszył, a potem spojrzał
podejrzliwie w moim kierunku. Najwyraźniej wiedział, że naruszyłem jego teren, ale
nie mógł pojąć dlaczego. Nie próbując polować ruszył przez wełnianki na skraju
mokradła i zobaczyłem ze zgrozą, że zmierza prosto w grupę dziesięciu pułapek
umieszczonych przy norach kolonii lemingów.
Nagle błysnęło mi, co teraz nastąpi — i już nie myśląc, zerwawszy się na nogi,
wrzasnąłem na całe gardło:
— George! Na Boga, stój!
Za późno. Na mój krzyk wzdrygnął się tylko i ruszył truchcikiem. Zrobił około
dziesięciu kroków po równym i zaczął się wdrapywać po niewidzialnej drabinie w
niebo.
Kiedy nieco później poszedłem zbadać to miejsce, okazało się, że zaliczył sześć
pułapek z możliwych dziesięciu. Oczywiście nie mogły mu zrobić krzywdy, ale szok i
ból, kiedy nieznany przeciwnik raptem gryzie go w kilka palców równocześnie,
musiały być znaczne. Pierwszy i jedyny raz, jak go znalem, George postradał swą
godność. Wrzasnąwszy jak pies, któremu się przytnie ogon we drzwiach, pognał do
domu, rozsiewając w biegu pułapki na myszy jak confetti.
Miałem z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia. Wypadek mógł poważnie
zakłócić nasze dobre stosunki. Że się tak nie stało, mogę tym jedynie objaśnić, iż
poczucie humoru, które George miał świetnie rozwinięte, kazało mu uznać całą

66
sprawę za gruboskórny żart — właśnie taki, jakiego można się spodziewać po
człowieku.

67
Przepis na myszy

Na stwierdzeniu, że letni jadłospis wilków składa się głównie z myszy, nie


skończyły się moje prace w dziedzinie dietetyki. Wiedziałem, że relacja mysz—wilk
dokona przewrotu w nauce i będzie traktowana podejrzliwie, a może nawet
ośmieszana, jeśli nie zdołam jej tak gruntownie podbudować, żeby nie zostało miejsca
na wątpliwości.
Ustaliłem już dwa zasadnicze punkty:

1. Że wilki łapią i jedzą myszy.


2. Że liczebność tych małych gryzoni jest wystarczająca dla wyżywienia populacji
wilków.

Powstał jednak trzeci punkt, istotny dla udowodnienia mej tezy. Dotyczył on
wartości odżywczej myszy. Musiałem wykazać że dieta złożona z drobnych gryzoni
wystarczy dla utrzymania dużego mięsożercy w dobrej kondycji.
Uświadomiłem sobie, że nie będzie to łatwe. Należało przeprowadzić
kontrolowany eksperyment, a nie mogąc poddać wilków odpowiedniej kontroli, nie
wiedziałem, jak z tego wybrnąć. Gdyby Mike był w pobliżu, wypożyczyłbym od niego
dwa husky i karmiąc jednego z nich wyłącznie myszami, drugiego zaś mięsem karibu
(gdyby i kiedy by takowe stało się dostępne), a później przeprowadziwszy na obu
psach podobne testy, mógłbym uzyskać dowód na rzecz hipotezy mysz—wilk albo
przeciwko niej. Ale Mike odjechał i nie miałem pojęcia, kiedy wróci.
Przez kilka dni rozważałem ten problem, aż pewnego poranka, gdy
preparowałem okazy lemingów i norników, doznałem olśnienia. Chociaż człowiek nie
jest wyłącznie mięsożerny, nie widziałem istotnego powodu, dla którego nie miałbym
użyć za obiekt doświadczalny samego siebie. Wprawdzie istnieję tylko w jednym
egzemplarzu; ale tej trudności można zaradzić przyjmując dwa wymierzone odcinki
czasu, z których to w jednym ograniczę się do spożywania myszy, a w drugim — o
takiej samej długości — będę jadł konserwy mięsne i świeże ryby. Z końcem każdego

68
okresu przeprowadzę na sobie serię testów fizjologicznych i wreszcie porównam oba
zestawy danych. Nie będzie to wprawdzie rozstrzygającym dowodem w odniesieniu
do wilków, tym niemniej świadectwo, iż moje funkcje metaboliczne nie uległy
zakłóceniu na mysiej diecie, stanowiłoby mocną poszlakę, iż wilki również mogą
przeżyć i normalnie funkcjonować na takiej samej diecie.
A że nie ma na co czekać, postanowiłem przystąpić do eksperymentu natychmiast.
Oprawiwszy miskę małych trupków, jakie pozostały mi z porannego obłupiania
gryzoni, włożyłem je do garnka i umieściłem na prymusie. Gdy woda się zagotowała,
z garnka zaczęła się dobywać woń tak delikatna i smakowita, że kiedy potrawka się
udusiła, ślinka mi ciekła.
Spożywanie tych drobnych zwierzątek nastręczało mi z początku pewne
trudności ze względu na mnóstwo kostek; okazało się jednak, że kości można bez
większego trudu żuć i połykać. Smak myszy — czynnik wyłącznie subiektywny i dla
eksperymentu nie mający żadnego znaczenia — okazał się przyjemny, choć nieco
mdły. Przez to w miarę trwania eksperymentu potrawa mi się nieco przejadła i
zmuszony byłem poszukiwać urozmaicenia w sposobach przyrządzania.
Z kilku przepisów mego wynalazku najwspanialsza była mysz w śmietanie.
Podaję ten przepis in extenso na wypadek, gdyby ktoś z czytelników zainteresował się
osobiście tym nie wyzyskanym dotąd źródłem pełnowartościowego białka
zwierzęcego.

Souris à la crème

Składniki:
12 tłustych myszy
1 szklanka mąki
1 kawałek boczku
Sól i pieprz
Goździki
Alkohol etylowy

69
[Należy zaznaczyć, że solony boczek, o który tu chodzi, jest normalnie dostępny tylko
w strefie podbiegunowej, ale można go zastąpić zwyczajną soloną wieprzowiną.]

Myszy obedrzeć ze skóry i wypatroszyć, nie usuwając przy tym główek, umyć,
włożyć do garnka i zalać do pokrycia alkoholem. Zostawić na dwie godziny. Boczek
pokrajać w drobną kostkę i wysmażyć z niego większość tłuszczu. Wyjąć tuszki z
alkoholu i obtoczyć w mące z solą i pieprzem ułożyć na patelni i smażyć około 5 minut
(patelnia nie może być za gorąca, bo delikatne mięso wyschnie, stając się włókniste i
łykowate). Następnie dodać szklankę alkoholu i 6—8 goździków. Przykryć patelnię i
przez kwadrans dusić na małym ogniu. Sos śmietanowy przyrządzić jak zwykle. Oblać
tuszki gotowym sosem, przykryć i Zostawić przed podaniem w cieple na 10 minut.

W pierwszym tygodniu mysiej diety stwierdziłem, że nie ubywa mi energii, nie


zaobserwowałem też żadnych objawów negatywnych. Zacząłem tylko łaknąć
tłuszczów. To zjawisko uświadomiło mi, że mój eksperyment był do tej chwili
częściowo chybiony wskutek niedopatrzenia — i to takiego. które nie przynosi
zaszczytu memu wyszkoleniu naukowemu. Powinienem był pamiętać, że wilki jedzą
myszy w całości; a z moich sekcji wynikało, że u tych małych gryzoni większość
tłuszczu odkłada się w jamie brzusznej przy krezkach otrzewnej, a nie pod skórą czy
w tkance mięśniowej. Popełniłem więc niewybaczalny błąd i czym prędzej go
naprawiłem. Odtąd aż do zakończenia eksperymentu ja też spożywałem całe myszy,
oczywiście z wyjątkiem skóry, i okazało się, że moje łaknienie tłuszczów znacznie
osłabło.
W końcowym okresie mojej mysiej diety wrócił do chaty Mike. Przyprowadził
ze sobą kuzyna, młodego Eskimosa imieniem Utek, który stal się mym dobrym
towarzyszem i okazał się nieoceniony w badaniach nad wilkami. Ale przy naszym
pierwszym spotkaniu Utek był prawie tak samo powściągliwy i nie kontaktujący, jak
Mike był niegdyś — i jakim pozostał.
Wybrałem się do chaty, żeby uzupełnić zapasy, i ucieszył mnie ogromnie widok
dymu unoszącego się z komina, bo — prawdę powiedziawszy — tęskniłem niekiedy
za ludzkim towarzystwem. Kiedy wszedłem do środka, Mike właśnie smażył całą

70
patelnię steków z dziczyzny, a Utek się przyglądał. Udało im się przypadkiem o jakieś
sześćdziesiąt mil na północ upolować samotnego jelenia. Po kilku niezręcznych
minutach, przez które Mike jakby spodziewał się, że zdoła zignorować moje istnienie,
udało mi się przełamać lody i poznajomić się z Utekiem, który w odpowiedzi
przesunął się na drugą stronę stołu, żeby być ode mnie jak najdalej. Potem obaj
zasiedli do posiłku i wreszcie Mike mnie też zaproponował talerz smażonego steku.
Zjadłbym go z rozkoszą, ale jeszcze nie skończył się mój eksperyment, więc
musiałem odmówić, po uprzednim wyjaśnieniu Mike’owi, z jakiego powodu. Przyjął
moje wymówki w nieprzeniknionym milczeniu swych eskimoskich przodków, ale
widocznie przekazał moje wyjaśnienie Utekowi, który — cokolwiek o tym sądził, i o
mnie — zareagował w sposób typowo eskimoski. Późnym wieczorem, kiedy
szykowałem się do powrotu na mój punkt obserwacyjny, Utek zaczaił się na mnie pod
chatą. Z nieśmiałym ale ujmującym uśmiechem podał mi paczuszkę z jeleniej skóry.
Przyjąłem ją wdzięcznie i rozwiązawszy ścięgno służące za sznurek obejrzałem jego
podarek. Składało się nań pięć niebieskich jajeczek, niewątpliwie któregoś z ptaków
drozdowatych, choć nie mogłem rozpoznać gatunku.
Z wdzięcznością, ale nie rozumiejąc znaczenia tego prezentu, wróciłem do
chaty i zapytałem Mike’a.
— Eskimos myśli, że jak mężczyzna je myszy, to jego rzeczy robią się małe jak
mysz — wytłumaczył mi niechętnie. — Ale jak zje jajka, to w porządku. Utek boi się
o ciebie.
W braku odpowiednich dowodów nie mogłem wiedzieć, czy to tylko przesąd,
czy coś więcej, ale ostrożność nie zawadzi. Wychodząc z założenia, że jajka (łącznie
mogące ważyć najwyżej ze dwa deko) nie wpłyną na wiarygodność mysiego
eksperymentu, wbiłem je na patelnię i zrobiłem malutki omlecik. Sezon gniazdowania
był już nieźle zaawansowany i jajka też, mimo to zjadłem je, a ponieważ Utek się
bacznie przyglądał, okazywałem dobitnie, jak wielką mi to sprawia rozkosz.
Radość i ulga wypisały się na szerokiej i teraz już uśmiechniętej twarzy
Eskimosa, przekonanego zapewne, że uratował mnie przed losem gorszym od śmierci.

71
Chociaż nigdy nie udało mi się osiągnąć, żeby Mike pojął sens i ważność moich
prac badawczych, z Utekiem poszło to nadzwyczaj łatwo. A może wypada raczej
powiedzieć, że jeśli nawet nie zrozumiał, to w każdym razie od początku podzielał
moje przekonanie, że to jest ważne. Dużo później wykryłem, że Utek pełni w swym
plemieniu funkcję pomniejszego szamana, czyli kapłana od magii; przypuszczał więc,
na podstawie opowieści Mike’a i tego, co ujrzał na własne oczy, że ja też muszę być
szamanem; choć nieco szczególnego rodzaju. Z jego punktu widzenia przypuszczenie
to wystarczająco tłumaczyło moje skądinąd niezrozumiałe czynności i kto wie —
chociaż waham się, czy wypada mi przypisywać Utekowi motywy tak wyrachowane
— czy nie spodziewał się, że dzięki współpracy ze mną powiększy własną znajomość
ezoterycznych praktyk swego zawodu.
Tak czy owak Utek postanowił się do mnie przyłączyć i następnego dnia zjawił
się w namiocie obserwacyjnym, przynosząc strój nocny i wyraźnie będąc
przygotowany na dłuższy pobyt. Moje obawy, że będzie mi zawadzał i dokuczał, wnet
się rozwiały. Mike nauczył go kilku słów po angielsku, a był tak bystry, że wkrótce
zaczęliśmy się elementarnie porozumiewać. Nie zdziwiło go, kiedy się dowiedział, że
ja poświęcam czas na badanie wilków. Co więcej, poinformował mnie, że on też
bardzo się interesuje wilkami, po części dlatego, iż jego osobistym totemem czy
duchem opiekuńczym jest Amarok, Istota Wilcza.
Utek okazał mi się niebywale pomocny. Był całkowicie wolny od błędów i
uprzedzeń na temat wilków, które w sumie stanowią dla naszego społeczeństwa
uznany i niewzruszony kanon. Byt z tymi zwierzętami tak blisko, że uważał je wręcz
za krewnych. Później, kiedy nauczyłem się trochę jego języka, on zaś uczynił postępy
w moim, opowiedział mi, że jako pięcioletnie dziecko został przez swego ojca,
sławnego szamana, zaprowadzony do wilczej nory i zostawiony tam na dwadzieścia
cztery godziny, podczas których zaprzyjaźnił się i bawił z wilczętami jak równy z
równymi, dorosłe zaś wilki nie zrobiły mu nic poza tym, że go dokładnie obwąchały.
Nie po naukowemu byłoby przyjąć na wiarę wszystko, co mi Utek mówił o
wilkach, bez potwierdzających dowodów, przekonałem się jednak, że ilekroć taki
dowód można było uzyskać, zawsze prawda jego słów się potwierdzała.

72
Wilczy Duch

Odkąd mnie Utek zaakceptował, stosunek Mike’a do mnie też się polepszył.
Żywił co prawda nadal głęboko zakorzenione podejrzenie, że mi brak piątej klepki i że
mogę się jeszcze okazać niebezpieczny, jeśli nie mieć się na baczności, ale
przynajmniej na tyle się rozluźnił, na ile pozwalał jego milczący charakter, i starał się
być uczynny. Skorzystałem na tym ogromnie, mogąc użyć go jako tłumacza w
rozmowach z Utekiem.
Utek znacznie poszerzył moją wiedzę o wilczym żywieniu się. Potwierdziwszy
to, co już sam wykryłem, na temat myszy w ich jadłospisie, powiedział mi, że wilki
zjadają też mnóstwo wiewiórek ziemnych i czasami nawet jakby wolały je od karibu.
Te wiewiórki ziemne występują obficie w całej strefie podbiegunowej, choć
Zatoka Wilczego Domu leży tuż na południe za linią ich zasięgu. Blisko spokrewnione
z goframi, pospolitymi na równinach zachodnich, mają w przeciwieństwie do gofrów
bardzo słabo rozwinięty instynkt samozachowawczy, są więc łatwym łupem dla
wilków i lisów. W lecie, dobrze odkarmione i tłuste, mogą ważyć do kilograma, tak że
wilk często może upolować ich dość na solidny posiłek. zużywając tylko drobną część
energii potrzebnej do upolowania karibu.
Sądziłem, że ryby nie mogą odgrywać poważniejszej roli w wilczym
jadłospisie, ale Utek zapewnił mnie, że się mylę. Nieraz widywał, jak wilki łowią
północnego szczupaka. W czasie wiosennego tarła te wielkie ryby, ważące czasem do
dwudziestu kilogramów, zapuszczają się w labirynt wąskich kanałów na mokradłach u
brzegów jezior.
Kiedy wilk postanowi na nie zapolować, wskakuje do któregoś z szerszych
kanałów i brnie pod górę, z ogromnym pluskiem, zapędzając szczupaka do coraz
ciaśniejszych i płytszych kanałów. Wreszcie ryba orientuje się w niebezpieczeństwie i
zawraca, żeby się przedrzeć na otwarte wody; ale wilk jej zastępuje drogę i jeden
prędki cios tą wielką paszczą wystarcza, aby przetrącić grzbiet choćby największemu
szczupakowi. Utek powiedział mi, że zaobserwował kiedyś, jak wilk w ciągu niecałej
godziny złapał siedem dużych szczupaków.

73
Mówił mi, że wilki łowią też czukuczany, gdy te niemrawe ryby idą rzekami w
tundrze pod prąd na tarło; ale technika w tym wypadku jest inna. Przysiadłszy na
głazie w miejscu, gdzie rzeka jest płytko rozlana, wilk łapie i podrywa przepływające
czukuczany w sposób zbliżony do tego, jaki stosują niedźwiedzie przy polowaniu na
łososie.
Jeszcze inne, choć drugorzędne, źródło pokarmu stanowią jakoby arktyczne
głowacze, nieduże ryby kryjące się pod kamieniami na płyciznach. Wilki łapią je
brodząc wzdłuż brzegu i odwracając kamienie łapami albo nosem, po czym
wychwytują zębami odkryte głowacze, zanim te zdążą umknąć.
Pod koniec lata udało mi się potwierdzić relację Uteka o łowieniu głowaczy,
gdy zobaczyłem, jak wujek Albert spędza na tym zajęciu część popołudnia. Niestety
nigdy nie widziałem wilków polujących na szczupaki; ale dowiedziawszy się od
Uteka, jak one to robią, sam z dużym powodzeniem wypróbowałem tę metodę,
naśladując w każdym szczególe opisane mi czynności wilków, z tą jedynie różnicą, że
do zadawania coup de grace używałem nie zębów, lecz krótkiego oszczepu.
Te uzupełnienia do tematu wilczego zachowania były fascynujące, ale tak
naprawdę Utek otworzył mi oczy, kiedyśmy doszli do omawiania roli karibu w życiu
wilków.
Wilk i karibu są tak ściśle związane ze sobą, powiedział, że stanowią niemal
jedną istotę. Wytłumaczył mi, co ma na myśli, wygłaszając opowieść brzmiącą trochę
jak coś ze Starego Testamentu, ale przynależną, jak mnie zapewnił Mike, do na wpół
religijnego folkloru Eskimosów lądowych, którzy — z uszczerbkiem dla swych
nieśmiertelnych dusz — ciągle jeszcze pławią się radośnie w pogaństwie.
Oto parafraza opowieści Uteka.

„Na początku byli Kobieta i Mężczyzna, i nic innego nie chodziło, nie pływało i
nie latało po świecie, aż pewnego dnia Kobieta wykopała w ziemi wielki dół i zaczęta
w nim łowić. Jedno po drugim wyciągała różne zwierzęta, a ostatnim, jakie
wyciągnęła z dziury, było karibu. Po czym Kaila, który jest bogiem nieba, powiedział
Kobiecie, że karibu to największy dar ze wszystkich, gdyż ono żywi człowieka.

74
Kobieta puściła karibu na wolność i kazała mu się rozejść po kraju i rozmnażać,
i karibu spełniło jej polecenie; i z czasem kraj stal się pełen karibu, tak że synowie
Kobiety mieli dobre polowanie i dosyć jadła, i odzieży, i dobre skóry na swoje
namioty, wszystko z karibu.
Synowie Kobiety polowali tylko na duże, tłuste karibu, bo nie chciało im się
zabijać słabych, małych i chorych zwierząt, gdyż nie były one dobre ani do jedzenia,
ani na skóry. I stało się po pewnym czasie, że chore i słabe przewyższyły liczbą tłuste i
mocne, i zobaczywszy to synowie przerazili się i poskarżyli Kobiecie.
Wówczas Kobieta zrobiła czar i przemówiła do Kaili w te słowa: Twoja robota
jest niedobra, ponieważ karibu stają się coraz słabsze i chore, więc jeżeli je będziemy
jedli, to my też na pewno będziemy chorzy i słabi.
Kaila usłyszał i odpowiedział: Moja robota jest dobra. Powiem Amorakowi
(czyli Wilczemu Duchowi), a on powie to swoim dzieciom, i będą zjadać chore i słabe
i małe karibu, żeby kraj pozostał dla tłustych i dobrych.
I tak się stało, i dlatego karibu i wilk to jedno, gdyż karibu żywi swym ciałem
wilka, a wilk utrzymuje karibu w sile i zdrowiu.”

Ta opowieść trochę mnie oszołomiła, bo nie spodziewałem się, że niepiśmienny


i nieuczony Eskimos wygłosi mi odczyt ilustrujący, choćby w formie przypowieści,
teorię przetrwania osobników najsprawniejszych w drodze doboru naturalnego. W
każdym bądź razie sceptycznie się odniosłem do szczęśliwej relacji, której istnienie
Utek zakładał pomiędzy karibu a wilkiem. Jakkolwiek moje własne doświadczenia
wyprowadziły mnie już z błędu co do prawdziwości mnóstwa naukowo
zatwierdzonych wierzeń na temat wilków, nie mogłem uwierzyć, aby inteligentny i
mocarny wilk ograniczał swoją krwiożerczość w stadach karibu do selekcji
egzemplarzy chorych i wątłych, będąc — prawdopodobnie — w stanie wybierać sobie
osobniki najtłustsze i najbardziej soczyste. A przy tym wydawało mi się, że nie brak
mi znakomitej amunicji, aby w puch rozbić poglądy Uteka.
— W takim razie zapytaj go — powiedziałem — skąd się wzięło tyle
szkieletów dużych i najwyraźniej zdrowych karibu, porozrzucanych wokół tej chaty i
po tundrze całymi kilometrami na północ od tego miejsca.

75
— Nie muszę go pytać — odpowiedział bez ogródek Mike, wcale nie zbity z
tropu. — Te jelenie to ja zabiłem. Mam do wykarmienia czternaście psów, no to idą
trzy, cztery jelenie co tydzień. Sam też muszę coś jeść. A prócz tego muszę zabijać
dużo jeleni wszędzie tam, gdzie się zbiera futra. Zastawię tak cztery, pięć pułapek
wokół każdego jelenia i mam z tego mnóstwo lisów, jak przyjdą żerować. Jakbym
zabijał chude karibu, to na nic. Mnie potrzebne są wielkie i tłuste.
Osłupiałem.
— To ile tak zabijasz w ciągu roku? — spytałem.
Mike z durną miną wyszczerzył zęby.
— Ja umiem bardzo dobrze strzelać, jak cholera. Zabijam może dwie, trzy setki,
może więcej.
Kiedy już trochę przyszedłem do siebie, spytałem go, czy to u traperów rzecz
zwykła.
— Każdy traper musi robić to samo — powiedział. — Indianie, biali, tak
daleko na południe, jak w zimie dochodzi karibu, wszyscy muszą ich dużo zabijać,
inaczej to pułapki na nic. Pewnie że nie zawsze się ma takie szczęście, żeby każdy
sobie zabił dosyć karibu, to wtedy trzeba karmić psy rybą. Ale psy nie mogą dobrze
pracować na rybach: robią się słabe, chorują i ciężaru nie uciągną. Karibu jest lepsze.
Wiedziałem z kartotek przestudiowanych w Ottawie, że w tych częściach
Saskatchewanu, Manitoby i południowego Keewatin, które stanowią zimowy zasięg
stad karibu z Keewatin, działa tysiąc i ośmiuset traperów. Wiedziałem ponadto, że
wielu z tych traperów Ottawa przeankietowała, za pośrednictwem przedsiębiorstw
handlu futrem, ażeby zebrać informacje, które by pomogły wyjaśnić przyczyny tak
szybkiego spadku pogłowia karibu w Keewatin. Czytałem wyniki tych ankiet.
Traperzy i handlarze futer zaprzeczali jak jeden mąż, jakoby któryś z nich zabijał
więcej niż jedno czy dwa karibu rocznie; i jak jeden mąż utrzymywali, że to wilki
mordują niezliczone tysiące karibu.
Jakkolwiek matematyka nigdy nie była moją mocną stroną, spróbowałem
wyprowadzić jakąś ogólną sumę z dostępnych mi informacji. Jako człowiek z natury
ostrożny, podzieliłem liczbę traperów na pół i także na pół podzieliłem liczbę zabitych
karibu, do jakiej się przyznawał Mike, zanim je przemnożyłem. Ile razy bym nie

76
powtarzał tego mnożenia, zawsze wypadała mi fantastyczna liczba 112 tysięcy jeleni
zabijanych przez traperów na tym obszarze co roku.
Uświadomiłem sobie, że nie jest to liczba, jaką mógłbym się posłużyć w moim
raporcie — jeżeli nie chcę być skierowany na wyspy Galpagos dla przeprowadzenia
dziesięcioletnich badań nad kleszczami u żółwi.
Bądź co bądź to, co mi powiedzieli Mike i Utek, było na ogól tylko
świadectwem zasłyszanym a nie po to mnie zatrudniono, abym takowe gromadził.
Usunąłem więc stanowczo ze świadomości te niepokojące rewelacje i wróciłem do
mego dociekania prawdy po linii największego oporu.

77
Rozmowy po wilczemu

Utek jako przyrodnik miał wiele niecodziennych przymiotów, a nie


najmniejszym z nich było to, że jak gdyby rozumiał mowę wilków.
Jeszcie zanim go poznałem, spostrzegłem, że rozmaitość i zakres głosów, jakie
wydają George, Angelina i wujek Albert, znacznie przekracza możliwości każdego
innego zwierzęcia, jakie znam, z wyjątkiem człowieka. W moich notatkach figurują
następujące kategorie głosów: wycie, zawodzenie, tremolo, skowyt, pomruk,
warczenie, ujadanie i szczek. W każdej z tych kategorii rozróżniałem niezliczone
warianty, choć nie byłem w stanie ich precyzyjnie opisać. Poza tym byłem świadom,
że psowate na ogól słyszą, a zapewne też i wydają, głosy tak powyżej, jak i poniżej
skali ludzkiego słuchu: jako przykład niechaj posłuży tak zwana „niema” gwizdawka
na psy, dostępna w handlu. Poza tym wiedziałem, że poszczególne wilki z mojej grupy
rodzinnej wydają się inteligentnie reagować na głosy innych wilków, choć nie
uzyskałem pewnego dowodu, że głosy te są czymś więcej niż prostymi sygnałami.
Prawdziwe szkolenie w lingwistyce wilczej zaczęło się dla mnie w parę dni po
przybyciu Uteka. Obserwowaliśmy obaj wilczą norę od kilku godzin, nie widząc nic
godnego uwagi. Dzień był kompletnie bezwietrzny, więc plaga owadów przybrała
rozmiary monstrualne i Angelina z wilczętami schowały się w norze, a oba samce,
wyczerpane polowaniem trwającym do późnych godzin porannych, spały w pobliżu.
Ja też zacząłem się nudzić i przysypiać, gdy Utek przyłożył nagle zwinięte w muszlę
dłonie do uszu i zaczął uważnie nasłuchiwać. Ja nic nie słyszałem i nie miałem
pojęcia, co zwróciło jego uwagę, aż powiedział:
— Słuchaj, wilki rozmawiają! — i wskazał na łańcuch wzgórz ciągnący się o
jakieś pięć mil na północ.**
Zmieniłem się w słuch, ale jeśli wilki coś nadawały z tych wzgórz, to nie na
moich falach. Niczego nie słyszałem poza złowrogim brzękiem moskitów; jednak
*
W ciągu dwóch lat mojej znajomości z Utekiem jego angielszczyzna się bardzo poprawiła, ja zaś nauczyłem
się sporo po eskimosku, tak że mogliśmy rozmawiać bez przeszkód. Przetransponowałem więc nasze
początkowe rozmowy, często nader skomplikowane, na język bardziej zrozumiały dla czytelnika.

78
śpiący na szczycie eskeru George nagle usiadł wyprostowany, postawił uszy i zwrócił
swój długi pysk na północ. Po paru chwilach zadarł do góry łeb i zawył; przeciągłe,
wibrujące wycie zaczęło się nisko i ucichło na najwyższej słyszalnej dla mnie nucie.
Utek złapał mnie za rękę i wyszczerzył się w radosnym uśmiechu.
— Idą karibu. Wilki powiedziały!
Zrozumiałem podstawowy sens, ale niewiele ponadto. Całej historii
dowiedziałem się dopiero po naszym powrocie do chaty, kiedy miałem znów Mike’a
za tłumacza.
Jak twierdził Utek, jakiś wilk mieszkający na terytorium przyległym od północy
nie tylko zawiadamiał nasze wilki, że od dawna wyczekiwane karibu ruszyły na
południe, ale nawet poinformował, gdzie się aktualnie znajdują. Żeby historia była
jeszcze bardziej nieprawdopodobna, wilk ten nie widział karibu na własne oczy, a
tylko podawał dalej wiadomość od jeszcze dalszego wilka. George wysłuchał jej i
zrozumiał, po czym sam przekazał dalej tę dobrą nowinę.
Jestem z natury i z wyszkolenia sceptykiem, więc nie ukrywałem swego
rozbawienia, że Utek się tak naiwnie usiłuje przede mną popisać tą fantastyczną
historyjką. Owszem, ja byłem niedowiarkiem; ale nie Mike. Ten po prostu zaczął się
zbierać do wyprawy myśliwskiej.
Już nie zdziwiło mnie, że tak pilno mu zabić jelenia, bo dotarła do mnie ta
prawda, że jak wszelka ludzka istota w Barrenach, tak i on jest mięsożercą, żywiącym
się niemal wyłącznie mięsem karibu, jeśli tylko może je zdobyć; ale byłem zdumiony,
że chce mu się ruszać na kilka dni obijania się po tundrze z powodu równie
dziwacznego jak ten, którego dostarczył Utek. I powiedziałem mu to, ale Mike zamilkł
i odjechał bez słowa.
W trzy dni później, kiedy go znów ujrzałem, ofiarował mi udziec i garnek
ozorów z karibu. Poza tym powiedział mi, że znalazł karibu dokładnie w miejscu
wskazanym przez Uteka, tłumaczącego wilczy komunikat: nad jeziorem zwanym
Kooiak, o jakieś czterdzieści mil na północny wschód od chaty.
Wiedziałem, że to musiał być czysty przypadek. Ale przez ciekawość, jak
daleko Mike się posunie w struganiu ze mnie wariata, udałem, że się nawracam, i
poprosiłem, aby mi coś więcej powiedział o niesamowitych umiejętnościach Uteka.

79
Mike nie dał się prosić. Wyjaśnił mi, że wilki nie tylko potrafią się
porozumiewać na wielkie odległości, ale też — utrzymywał stanowczo — umieją
„mówić” prawie tak dobrze jak my. Przyznał się, że on sam nie słyszy wszystkich
głosów, jakie wydają, a nie rozumie większości, ale zapewnił mnie, że niektórzy z
Eskimosów — a konkretnie i w szczególności Utek — słyszą je i rozumieją tak
świetnie, że dosłownie mogą rozmawiać z wilkami.
Przetrawiłem sobie te informacje i doszedłem do wniosku, że wszystko, co mi
odtąd ci dwaj powiedzą, winno być w moich notatkach opatrywane obficie znakami
zapytania.
Jednak ćmiła mi z lekka myśl, że coś mimo wszystko może się za tym kryć,
więc poprosiłem, żeby Mike polecił Utekowi na przyszłość uważać, co jeszcze nasze
wilki powiedzą, i przez Mike’a informować mnie o tym.

Kiedy następnego ranka przybyliśmy pod norę, samców nie było ani śladu.
Angelina i szczeniaki wstały i kręciły się w pobliżu, jednak wilczyca wydawała się
niespokojna. Ciągle robiła wypady na krawędź powyżej nory i stała tam przez kilka
minut nasłuchując, zanim wróciła do szczeniąt. Czas mijał i George z wujkiem
Albertem byli już poważnie spóźnieni. Wreszcie, za piątym wyjściem na krawędź,
Angelina jakby coś usłyszała. Utek również. Znów przyłożył sobie teatralnie zwinięte
dłonie do uszu. Chwilę posłuchawszy usiłował mi wytłumaczyć, co się dzieje. Niestety
nasz kontakt był jeszcze niedostateczny i tym razem nie uchwyciłem nawet sensu jego
wypowiedzi.
Wróciłem do swych rutynowych obserwacji, Utek zaś wczołgał się do namiotu
i zasnął. W dzienniku zanotowałem, że George i wujek Albert wrócili do legowiska
razem, jawnie wyczerpani, o godzinie 12.17. Około drugiej po południu Utek się
obudził i w ramach nadrabiania swych zaniedbanych obowiązków zaparzył mi czajnik
herbaty.
Przy najbliższym spotkaniu z Mikiem przypomniałem mu jego obietnicę i wziął
się do przepytywania Uteka.

80
— Utek mówi — oznajmił — że wczoraj ten wilk, co go nazywasz George,
przesłał wiadomość swojej żonie. Utek to dobrze słyszał. Powiedział żonie, że
polowanie mu nie idzie i że zostanie dłużej. Może wróci aż w południe.
Przypomniałem sobie, że Utek nie mógł wiedzieć, kiedy samce wróciły do
domu, bo leżał wtedy śpiąc głęboko w namiocie. A 12.17 to w praktyce tak jak
południe.
Mimo to jeszcze przez dwa dni przeważał we mnie sceptycyzm, aż raz po
południu George znów się pojawił na grzbiecie i nastawił uszu na północ. Cokolwiek
usłyszał, jeżeli coś usłyszał, tym razem go chyba niezbyt zainteresowało, bo nie zawył,
tylko zszedł do nory obwąchać się z Angeliną nos w nos.
Natomiast Utek się bardzo zainteresował. Twarz jego przybrała wyraz
podniecenia. Zalał mnie potokiem słów, ale tylko parę z nich pochwyciłem. Wyrazy
Innuit (Eskimosi) oraz kiyai (przyjść) powtarzały się kilkakrotnie, kiedy zawzięcie
usiłował mi coś przekazać. Gdy ja ciągle patrzyłem tępo, rzucił mi zrozpaczone
spojrzenie i nie powiedziawszy nawet „przepraszam” ruszył przez tundrę na północny
zachód od chaty Mike’a.
Trochę mnie zirytowało jego niefrasobliwe odejście, ale wkrótce o tym
zapomniałem, bo zrobiło się późne popołudnie i wszystkie wilki zaczynały być
niespokojne, gdyż dla samców zbliżała się pora wyruszenia na wieczorne łowy.
Takim przygotowaniom towarzyszył wyraźny rytuał. George zwykle na
początek odwiedzał norę. Jeśli Angelina i wilczęta siedziały w środku, jego przyjście
zaraz je wywabiało. Jeżeli były już na zewnątrz, w zachowaniu Angeliny domowa
nuda zmieniała się w podniecenie. Zaczynała swawolić skacząc przed Georgem,
nacierając nań barkiem, obejmując go przednimi łapami. George w tych momentach
zabaw jakby stawał się sympatyczniejszy niż kiedykolwiek i czasami odpowiadał swej
żonie wdając się z nią w żartobliwą bitwę. Z mojego miejsca bitwy te wyglądały dość
groźnie, ale powiewające bez przerwy ogony obu wilków pokazywały, że to wszystko
na niby.
Niewątpliwie przywołany odgłosami zabawy pojawił się na scenie wujek Albert
i przyłączył się do nich. Często przesypiał dzień w pewnej odległości od nory, może

81
dla zmniejszenia prawdopodobieństwa, że będzie zbyt często zaganiany do siedzenia
przy dzieciach.
Po jego przybyciu wszystkie trzy dorosłe wilki stawały w kółko, obwąchiwały
sobie nosy, zajadle wymachiwały ogonem i wydawały odgłosy. Zwrot „wydawać
odgłosy” nie jest zbyt wyrazisty, ale nie stać mnie na lepszy. Byłem za daleko, żeby
słyszeć inne dźwięki prócz tych głośniejszych, a te najpodobniejsze były do
pochrząkiwania. Znaczenia ich nie rozumiałem, ale na pewno wiązały się z ogólnym
poczuciem życzliwości, radosnego wyczekiwania i podniecenia.
Po uciechach towarzyskich (wilczęta uczestniczyły w nich plącząc się pod
nogami i nie przebierając w kłapaniu na każdy dorosły ogon, jaki się im nastręczył),
które mogły trwać od dwudziestu minut do godziny, trzy dorosłe wilki wycofywały się
na grań ponad norą, zwykle pod wodzą Angeliny. Stawały jeszcze raz w krąg, a potem
z wysoko podniesionymi głowami „śpiewały” przez kilka minut.
Był to jeden ze szczytowych momentów ich dnia, z pewnością zaś szczytowy
punkt mojego. Przy kilku pierwszych okazjach, gdy trzy wilki śpiewały, wpojony z
dawien dawna strach łaskotał mnie po włoskach na grzbiecie i nie będę utrzymywał,
jakoby mi ten chór tak naprawdę sprawiał przyjemność. Z czasem jednak zacząłem go
wyczekiwać z przejęciem i dotkliwie się nim rozkoszować. A jednak opisać go to dla
mnie prawie niemożliwość, bo nie rozporządzam innymi określeniami niż te, które
odnoszą się do ludzkiej muzyki, a te są nieadekwatne czy wręcz mylące. Najlepsze, co
mogę, to powiedzieć, że ten chór idący z pełnego gardła i wielkiego serca poruszał
mnie tak, jak z rzadka tylko bywałem poruszony targającym wnętrzności grzmotem i
dudnieniem wspaniałych organów, na których grał człowiek wychodzący aż poza swe
człowieczeństwo.
Ta impassionata nigdy nie trwała dla mnie dość długo. Po trzech lub czterech
minutach kończyła się i krąg się rozpadał; znowu z wielkim wymachiwaniem
ogonami, obwąchiwaniem nosów i w ogóle z objawami życzliwości i wielkiej uciechy.
Wreszcie Angelina niechętnie schodziła do nory, często się jeszcze oglądając, aby
popatrzeć, jak George i Albert oddalają się truchcikiem po którymś ze szlaków
łowieckich. Nie kryła, że okrutnie jej się chce do nich przyłączyć; w końcu jednak

82
zawracała do szczeniąt i znów poddawała się ich wybujałym żądaniom, czy to w
zakresie obiadu, czy zabaw.
Tej konkretnie nocy samce odstąpiły od zwykłej rutyny. Zamiast ruszyć po
jednym ze szlaków na północ albo na północny zachód, pobiegły na wschód, w
kierunku przeciwnym niż chata Mike’a i mój namiot.
Nie zastanawiałem się nad tym odstępstwem, aż później, gdy okrzyk ludzki
kazał mi się odwrócić. Przyszedł Utek — ale nie sam. Było z nim trzech nieśmiałych
przyjaciół, wszyscy uśmiechnięci i wszyscy zażenowani tym pierwszym spotkaniem z
dziwnym kablunak, który interesuje się wilkami.
Przybycie takiego tłumu sprawiło, że owocność dalszych obserwacji tej nocy
stała się problematyczna, więc dołączyłem do pochodu czterech Eskimosów ku chacie.
Mike był u siebie i powitał gości jak starych przyjaciół. Wreszcie nadarzyła mi się
okazja, żeby zadać mu parę pytań.
Owszem, powiedział mi, Utek faktycznie wiedział, że ci ludzie są w drodze i
wkrótce przybędą.
Skąd o tym wiedział?
Głupie pytanie. Wiedział, bo usłyszał, jak wilk na Wzgórzach Pięciu Mil
zawiadamia, że przez jego terytorium idą Eskimosi. Próbował mi o tym powiedzieć;
ale kiedy ja nie mogłem zrozumieć, uznał, że ma obowiązek zostawić mnie, żeby
spotkać i powitać swoich przyjaciół.
No i masz babo placek.

83
Szczenięce lata

W trzecim tygodniu czerwca Angelina zaczęła przejawiać rosnący niepokój.


Dawała wyraźnie do zrozumienia, że ma już powyżej uszu tego nazbyt domowego
żywota w norze.
Kiedy George i Albert wyruszali pod wieczór na polowanie, ona zaczęła ich we
wstępnych stadiach wyprawy odprowadzać. Najpierw zapuszczała się nie dalej niż jakieś sto
metrów od nory; ale za którymś razem odbiegła prawie pól kilometra, zanim, ociągając się,
wróciła do domu.
George był najwyraźniej zachwycony tymi zmianami. Już od paru tygodni
próbował ją nakłonić, żeby się z nim razem wybrała na całonocną wyprawę w tundrę.
Raz odkładał swe wyruszenie ponad godzinę — jeszcze długo po tym, jak Albert się
zniecierpliwił i sam wyruszył — starając się pociągnąć za sobą małżonkę.
Podczas tej godziny wykonał osiem kursów z grani wartowniczej w dół na
dziecinny wzgórek, gdzie Angelina leżała wśród wilcząt. Za każdym razem ją czule
obwąchiwał, zajadle machał ogonem i zachęcająco ruszał w kierunku łowieckiego
szlaku. I za każdym razem, kiedy ona nie poszła za nim, wracał na wzgórze
wartownicze i siedział tam żałośnie przez kilka minut, po czym znowu próbował. Gdy
wreszcie zdecydował się sam wyruszyć, był żywym obrazem przygnębienia i zawodu,
a głowę i ogon nosił tak nisko, jakby się chyłkiem wykradał.
Chęć wypuszczenia się razem na noc była najwyraźniej obopólna, jednak dla
Angeliny wciąż dobro szczeniąt znajdowało się na pierwszym miejscu, mimo że
wyglądały już na dość duże i zaradne, aby wymagać o wiele mniej opieki.

Wieczorem 23 czerwca byłem sam przed namiotem — Utek pojechał gdzieś na


kilka dni we własnych sprawach — kiedy wilki zebrały się na swój rytualny śpiew
przed polowaniem. Tym razem Angelina przeszła samą siebie, wyśpiewując pean tak
nie skrywanej tęsknoty, że aż pomyślałem: czy nie ma jakiegoś sposobu, abym się
mógł zgłosić do popilnowania dzieci, kiedy ona się wypuści z Georgem? Ale
niepotrzebnie się martwiłem. Dotarło to również do wujka Alberta — a może

84
zwrócono się do niego jakoś bardziej bezpośrednio — w każdym razie po zakończeniu
śpiewów Angelina i George radośnie pobiegli sobie razem, natomiast Albert
markotnie zlazł do nory i zajął pozycję do całonocnego pilnowania szczeniąt.
W kilka godzin później spadła zacinająca ulewa i musiałem zaprzestać
obserwacji.
Kiedy następnego ranka deszcz ustal, mgły się uniosły i mogłem podjąć
obserwację, wilków nie było widać; ale tuż przed dziewiątą George i wujek Albert
pokazali się na krawędzi eskeru.
Obaj wyglądali na zdenerwowanych, a co najmniej zaniepokojonych. Po
długim a niespokojnym chodzeniu, obwąchiwaniu i chwilowych znieruchomieniach,
kiedy przepatrywali bacznie otaczający krajobraz, podzielili się. George udał się na
najwyższy punkt eskeru, gdzie usiadł doskonale widoczny i jął omiatać wzrokiem cały
obszar na wschód i południe. Wujek Albert odbiegł truchtem po krawędzi eskeru na
północ i położył się na skalistym wzgórku, przyglądając się równinom na zachodzie.
Angeliny zaś nie było ani śladu, co wreszcie — w połączeniu z niezwykłym
zachowaniem się samców — mnie też zaczęło niepokoić. Nagła myśl, że Angelinie
mogło się stać coś złego, sprawiła mi niespodziewany ból. Nie uświadamiałem sobie,
jak bardzo ją polubiłem, ale teraz, gdy wyglądało na to, że nie wróciła, zacząłem się o
nią poważnie martwić.
Już byłem gotów opuścić namiot, żeby wejść na grzbiet i sam jej poszukać,
kiedy uprzedziło mnie jej pojawienie się. Spojrzałem jeszcze raz na odchodnym w
lunetę i zobaczyłem, jak wynurza się z nory, coś niosąc w pysku, i biegnie żwawo po
skłonie eskeru. Przez chwilę nie mogłem się zorientować, co ona niesie, aż nagle
zaskoczony stwierdziłem, że to jedno ze szczeniąt.
W niezłym tempie jak na dźwigany ciężar — szczeniak musiał ważyć od pięciu
do siedmiu kilo — wbiegła po skosie na zbocze eskeru i znikła w świerkowym
zagajniku. Po piętnastu minutach była znów przy norze po następnego szczeniaka i
przed dziesiątą wyniosła je wszystkie.
Gdy znikla po raz ostatni, oba samce zeszły ze stanowisk — widocznie czuwały
nad przeprowadzką — i udały się za nią, a ja zostałem gapiąc się smętnie na pusty
krajobraz. Jedyne wytłumaczenie tej masowej emigracji, jakie mi przychodziło do

85
głowy, to iż zakłóciłem czymś wilcze bytowanie tak bardzo, że uznały za konieczne
opuścić norę. Jeśli tak było naprawdę, wiedziałem, że udając się za nimi tylko
pogorszę sprawę. Nie umiejąc nic innego wymyślić pognałem do chaty, aby się
poradzić Uteka.
Eskimos natychmiast rozproszył moje obawy. Wyjaśnił mi, że przenoszenie
szczeniąt o tej porze roku to w każdej rodzinie wilczej rzecz zwykła. Dzieje się tak,
powiedział mi, z kilku powodów. Przede wszystkim szczenięta są już odstawione od
matki, a ponieważ kolo nory brak wody, trzeba je przenieść w miejsce, gdzie będą
mogły zaspokajać pragnienie bez sięgania do matczynej piersi. Po drugie, stały się już
za duże i nie mieszczą się w norze. Trzecia i może najważniejsza przyczyna, to że
nadszedł czas, aby skończyć z tym niemowlęctwem i przystąpić do pobierania nauk.
— Są już za duże, aby żyć w norze, ale jeszcze za młode, żeby chodziły z
rodzicami — objaśniał mi Utek, a Mike tłumaczył. — Dlatego stare wilki przenoszą je
w nowe miejsce, gdzie wilczęta mogą się swobodnie poruszać i uczyć świata, ale
gdzie będą nadal bezpieczne.
Okazało się, że Utek i Mike znają położenie nowego, letniego legowiska, więc
następnego dnia przenieśliśmy namiot w miejsce, skąd częściowo było je widać.
Nową siedzibę wilcząt, o jakieś pół mili od starej nory, stanowił wąski, ucięty
parów zasypany olbrzymimi głazami, odłupanymi od skalnych ścian przez działanie
mrozu. Płynął w nim potoczek, a obok znajdowało się trawiaste bagno, rojące się od
nornic: dla szczeniąt idealne miejsce do uczenia się pierwszych zasad polowania.
Wyjście lub wejście wymagały stromej wspinaczki, za trudnej dla młodych, więc
można je było zostawiać w domu nie obawiając się, że gdzieś sobie pójdą i zabłądzą; a
ponieważ byty już dość duże, aby sobie poradzić z jedynymi oprócz wilków liczącymi
się drapieżcami w tych okolicach, mianowicie z lisem i jastrzębiem, przeto nic im nie
zagrażało.

Postanowiłem dać wilkom trochę czasu na zagospodarowanie się w letnim


legowisku, nim znów zacznę je stale podglądać, toteż następną noc spędziłem w
chacie, uzupełniając braki w moich notatkach.

86
Tego wieczora Utek dorzucił jeszcze kilka wiadomości do mego banku
informacji. Wśród innych ciekawostek powiedział mi, że wilki żyją dłużej od psów.
Znał osobiście kilka wilków liczących sobie co najmniej po szesnaście lat, a pewien
wilczy patriarcha zamieszkały nad rzeką Kazan, doskonale znany ojcu Uteka, miał z
pewnością ponad dwadzieścia lat, kiedy go przestano widywać.
Powiedział mi jeszcze, że wilki w ogóle podchodzą do szczeniąt podobnie jak
Eskimosi do dzieci, to znaczy, że faktyczne ojcostwo nie ma większego znaczenia i
sieroty w naszym rozumieniu tego słowa nie istnieją.
Przed kilkoma laty pewna wilczyca, chowająca potomstwo zaledwie o parę
kilometrów od obozowiska, gdzie wtedy żył Utek, została zastrzelona przez białego,
który tamtędy przepływał w kanu. Utek, uważający się za magicznie spokrewnionego
ze wszystkimi wilkami, wstrząśnięty był tym wypadkiem. Wśród huskych w
eskimoskim obozowisku znajdowała się akurat suka ze szczeniętami, więc postanowił
wykopać wilczęta i podłożyć je suce. Ale ojciec go powstrzymał mówiąc, że nie
będzie to potrzebne, bo wilki same sobie z tym kłopotem poradzą.
Chociaż ojciec jego był wielkim szamanem i na prawdzie jego słów można było
polegać, Utek, nie całkiem jeszcze przekonany, stanął na czatach przy norze. Niewiele
godzin spędził w ukryciu — powiedział mi — kiedy zobaczył, że jakiś obcy wilk
zjawia się w towarzystwie owdowiałego basiora i oba wilki wchodzą do nory. Kiedy
wyszły, każdy niósł jedno szczenię.
Utek szedł za nimi przez kilka mil, zanim się zorientował, że zmierzają do
drugiej wilczej nory, której położenie też było mu znane. Biegiem i skrótami zdążył
tam dotrzeć wcześniej od dwóch wilków i był świadkiem ich przybycia.
Ledwie się pojawiły, wilczyca, do której należała ta nora i w niej własny miot
wilcząt, wyjrzała z otworu i biorąc jednego szczeniaka po drugim za kark, wniosła je
do nory. Dwa samce ruszyły po następną parę.
Z końcem przeprowadzki w drugiej norze znalazło się dziesięć wilcząt, mniej
więcej tego samego wieku i rozmiarów, i o wszystkie — na ile mógł stwierdzić Utek
— całkiem jednakowo dbało i troszczyło się kilkoro dorosłych, w tej liczbie również i
owdowiały samiec.

87
Wzruszająca to była opowieść, ale obawiam się, że nie wziąłem jej dość
poważnie, aż dopiero w kilka lat później opowiedziano mi o prawie identycznym
przypadku adoptowania wilcząt, które straciły matkę. Tym razem informatorem moim
był biały przyrodoznawca cieszący się tak wielkim autorytetem, że nie mogłem wątpić
w jego słowa — choć, prawdę powiedziawszy, trudno byłoby mi uzasadnić, dlaczego
akurat jego słowo ma być bardziej wiarygodne niż Uteka, który bądź co bądź duchowo
sam był niemalże wilkiem.
Skorzystałem z tej sposobności, aby zapytać Uteka, czy spotkał się kiedyś z
tym ugruntowanym już od dawna wierzeniem, iż wilki adoptują czasami ludzkie
dzieci. Uśmiechnął się na to pytanie, biorąc je najwyraźniej za przejaw mego poczucia
humoru, a sens jego odpowiedzi był w ogólnych zarysach taki, że to może i niezły
pomysł, tylko zbyt nieprawdopodobny. Zaskoczyło mnie to dość pogardliwe zbycie
opowieści o chłopcu wychowanym przez wilki, jako rzeczy niemożliwej, ale
wstrząsnęły mną dopiero następujące po tym wyjaśnienia.
Ludzkie niemowlę włożone do jamy wilczej musiałoby umrzeć, oświadczył, nie
żeby wilki tego chciały, ale po prostu dlatego, że z powodu wrodzonego sobie
niedołęstwa nie byłoby zdolne żyć po wilczemu. Z drugiej strony zaś nie ma
przeszkód, aby kobieta wykarmiła szczeniaka na zdrowe i dorosłe zwierzę, co zresztą
zdarza się w eskimoskich obozowiskach, kiedy suka zdechnie. Co więcej, Utek zna co
najmniej dwa wypadki, w których kobieta, straciwszy dziecko, a mając dużo mleka w
piersiach, wykarmiła wilczątko, bo akurat brakowało jej szczeniaków huskych.

88
Miłość wujka Alberta

Nowe legowisko letnie było idealnie położone z wilczego punktu widzenia, ale
nie z mojego, bo spiętrzenie głazów utrudniało mi dostrzeganie. co się dzieje. W
dodatku zaczęły się już z wolna przesączać pierwsze wracające tu z północy karibu i
rozkosze polowania okazały się dla wszystkich trojga dorosłych wilków nieodparte jak
zew syreni. Nadal spędzały większość dnia w letnim legowisku lub w jego pobliżu, ale
przeważnie tak zmęczone po nocnych wycieczkach, że zajmowały się prawie
wyłącznie odsypianiem.
Czas mi się zaczął dłużyć, kiedy wujek Albert wybawił mnie od nudy przez to,
że się zakochał.
Kiedy wkrótce po moim przybyciu Mike odjechał z chaty, zabrał ze sobą
wszystkie psy — nie dlatego, jak podejrzewałem, żeby się obawiał zostawić je w
sąsiedztwie moich skalpeli, ale dlatego, że pod nieobecność karibu nie było ich czym
karmić. Cały czerwiec jego sfora spędziła u Eskimosów, których obozowiska
znajdowały się na letnich terenach występowania karibu; ale teraz, gdy jelenie wracały
na południe, doglądający psów Eskimos przyprowadził je.
Psy Mike’a były wspaniałymi zwierzętami rasy miejscowej. Wbrew jeszcze
jednej legendzie psy eskimoskie nie są na wpół udomowionymi wilkami, mimo że oba
gatunki mogą się wywodzić od wspólnego przodka. Prawdziwe husky są mniejsze od
wilków, o dużo cięższej budowie, szerokiej piersi, krótkich szyjach i krzaczastych
ogonach, które zakręcają się im nad zadem jak pióropusz. Różnią się od wilków także
pod innymi względami. W przeciwieństwie do swych dzikich krewniaczek suki tej
rasy gonią się o dowolnej porze roku, swawolnie ignorując kalendarz.
Kiedy sfora Mike’a wróciła do chaty, jedna z jego suk właśnie dostała cieczki.
Z natury pełna temperamentu, a przy tym osobiście kochliwa, suka ta niebawem
doprowadziła do szału cały zespół i nieustannie przysparzała Mike’owi kłopotów.
Kiedy raz wieczorem uskarżał się z tego powodu, mnie raptem oświecił błysk
natchnienia.

89
Jak dotąd moje badania nad wilkami, z powodu ich powściągliwości, nic nie
ujawniły na temat ich życia płciowego i nie było szansy, abym tę ważną lukę w mej
wiedzy mógł wypełnić, chyba żebym się zdecydował chodzić za nimi krok w krok
podczas ich krótkiej rui w marcu, gdy będą wędrować ze stadami karibu.
Otóż wiedziałem od Mike’a i Uteka. że wilki są chętne fraternizacji mimo
różnicy ras. Co więcej, parzą się z psimi sukami albo na odwrót, przy lada okazji. Nie
zdarza się to często, bo psy prawie zawsze są uwiązane, jeżeli nie pracują, ale jednak
się zdarza.
Przedstawiłem Mike’owi swą propozycję i ku mojej wielkiej radości zgodził
się. A nawet chyba się ucieszył, bo wyglądało mi na to, że już od dawna był ciekaw,
jakie też psy pociągowe wynikłyby ze skrzyżowania husky i wilka.
Powstał kolejny problem: jak zaplanować ten eksperyment, aby uzyskać
maksymalną korzyść dla moich badań? Zdecydowałem się przeprowadzać to
stopniowo. Pierwsza faza polegać miała na oprowadzeniu suki, wabiącej się Kua, po
sąsiedztwie mego nowego stanowiska obserwacyjnego, ażeby wilki dowiedziały się o
jej istnieniu i cieczce.
Kua była aż nazbyt chętna. A nawet, gdy przekraczaliśmy jeden z wilczych
szlaków, wpadła w taki entuzjazm, że ledwie zdołałem powściągnąć jej żywiołowe
ciągoty za pomocą grubego łańcucha. Wlokąc mnie za sobą rzuciła się po tropie, z
bezwstydną nadzieją obwąchując każdy pozostawiony znak.
Z trudem zdołałem ją zaciągnąć z powrotem do chaty. gdzie mocno uwiązana
wyła z frustracji przez całą noc.
A może nie całkiem z frustracji tak wyśpiewywała, bo gdy wstałem nazajutrz
rano, Utek poinformował mnie, że mieliśmy gościa. I rzeczywiście ślady łap dużego
wilka były doskonale widoczne w wilgotnym piasku nad rzeką, w odległości mniej niż
stu metrów od psich uwięzi. Zapewne tylko obecność zazdrosnych huskych płci
męskiej zapobiegła skonsumowaniu romansu jeszcze tej samej nocy.
Nie byłem przygotowany na tak szybkie wyniki, choć powinienem był
przewidzieć, że George lub Albert niewątpliwie tegoż wieczora znajdą niektóre z
uwodzicielsko naperfumowanych liścików miłosnych naszej suki.

90
Przyszło mi więc czym prędzej realizować drugą fazę mojego planu. Utek i ja
udaliśmy się do namiotu obserwacyjnego i o sto metrów od niego, w kierunku
wilczego legowiska, rozpięliśmy mocny drut między dwiema skałami, odległymi od
siebie o jakieś piętnaście metrów.
Następnego dnia rano zaprowadziliśmy Kuę (czy raczej Kua nas zaprowadziła)
w to miejsce. Mimo jej upartych wysiłków, aby udać się na poszukiwanie wilków we
własnym zakresie, zdołaliśmy jakoś umocować jej łańcuch na drucie. W ten sposób
zachowała dużą swobodę ruchu, a my z namiotu mieliśmy ją w zasięgu ostrzału,
gdyby coś poszło nie tak jak trzeba.
Ku mojemu zdziwieniu natychmiast ułożyła się i przespała większość
popołudnia. W pobliżu legowiska nie było widać dorosłych wilków, ale migały nam
niekiedy wilczęta przewalające się po kawałku trawy, skaczące i rzucające się na
myszy.
Około 8.30 wilki nagle rozpoczęły swój przedłowiecki śpiew, choć nie było ich
widać spoza grzbietu skalnego, który się wznosił na południe od legowiska.
Ledwie doszły mnie pierwsze odgłosy, gdy Kua zerwała się na równe nogi i
przyłączyła do chóru. Jak ona wyła! Chociaż nie mam w żyłach, o ile mi wiadomo, ani
kropli krwi psiej albo wilczej, uwodzicielskie brzmienie jej syreniego śpiewu
wystarczyło, abym zatęsknił do zupełnie innych dni oraz uciech.
Że wilki pojęły ciężar jej skargi, to nie ulegało wątpliwości. Pieśń ich urwała
się w pół tonu i w kilka sekund później cała trójka buchnęła przez skalną krawędź na
naszą stronę. Mimo że oddalona o pół kilometra, Kua była dla nich doskonale
widoczna. Chwilę tylko się zawahawszy, George i wujek Albert galopem rzucili się w
jej kierunku.
George wiele nie ubiegł. Zanim przebył pięćdziesiąt metrów, Angelina go
wyprzedziła i — choć nie przysiągłbym na to, ale odniosłem wyraźnie takie wrażenie
— podcięła mu jakoś nogi. W każdym razie wyłożył się w torfowisku jak długi, a gdy
się pozbierał, jego zainteresowanie Kuą jakby wyparowało. Aby oddać mu
sprawiedliwość, nie sądzę. żeby interesował się nią seksualnie: myślę, że po prostu
objął dowództwo w intencji zbadania obcej osoby, która wtargnęła na jego teren. Tak
czy owak on i Angelina wycofali się do letniego legowiska i tam zalegli na krawędzi

91
parowu, przyglądając się, a wujkowi Albertowi pozostawiając uporanie się z sytuacją
w sposób jego zdaniem najwłaściwszy.
Nie wiem, jak długo Albert zachowywał celibat, niewątpliwie jednak za długo.
Znalazłszy się w miejscu, gdzie przywiązana była Kua, gnał z taką szybkością, że
przeniosło go za daleko. Przez jeden moment pełen napięcia myślałem, że bierze nas
za rywali i popędzi dalej, wprost do namiotu, aby zrobić z nami porządek; ale zdołał
jakoś zawrócić i jego dziki pęd nieco spowolniał. A potem, gdy znalazł się o trzy
metry od Kui, wyglądającej go w ekstatycznym oczekiwaniu, zachowanie Alberta
uległo raptownemu przeobrażeniu. Stanął jak wryty, opuścił swój wielki łeb i zmienił
się w błazna.
Widowisko było aż krępujące. Kładąc po sobie uszy, tak że skryły się,
przylgnąwszy do szerokiej czaszki, zaczął merdać zadkiem jak szczeniak, marszcząc
przy tym wargi w straszliwym grymasie, może i zamierzonym jako wyraz miłosnego
urzeczenia, ale wyglądającym raczej na objaw uwiądu starczego. W dodatku zaczął
skamłać przymilnym falsetem, który brzmiałby odrażająco nawet u pekińczyka.
Kua zdawała się być zakłopotana tym dziwacznym zachowaniem. Widać nigdy
jeszcze nie zalecano się do niej w tak zaskakujący sposób i jak gdyby nie wiedziała, co
z tym fantem zrobić. Na wpół warcząc i szczerząc zęby, cofnęła się przed Albertem
tak daleko, jak pozwalał jej łańcuch.
Na to Albert wpadł w szał poniżania się. Brzuchem po ziemi zaczął się ku niej
czołgać, a grymas jego przy tym poszerzał się w wyraz najczystszego kretyństwa.
Wreszcie udzielił mi się jej niepokój i sądząc, że wilk zupełnie postradał zmysły,
gotów byłem chwycić za strzelbę i ruszyć Kuj na pomoc, kiedy mnie Utek
powstrzymał. Wyszczerzony w szerokim i jawnie sprośnym uśmiechu, zdołał mi
wyjaśnić, że nie ma się czego martwić; że z wilczego punktu widzenia sprawy
rozwijają się całkiem normalnie.
W tej chwili Albert z niewiarygodną szybkością przerzucił bieg. Zerwawszy się
na nogi zmienił się nagle we władczego samca. Kryza mu się nastroszyła wokół
twarzy jakby olbrzymia, srebrzysta aureola. Ciało tak się napięło, że wyglądał cały jak
zrobiony z białej stali. Ogon podniósł się tak wysoko, i niemal tak samo ciasno

92
zwinięty, jak u prawdziwego husky. Po czym, stawiając delikatnie kroczek za
kroczkiem, przebył dzielący ich dystans.
Kua nie miała już wątpliwości. To było dla niej coś zrozumiałego. Jak gdyby
przez nieśmiałość odwróciła się do niego tyłem i kiedy on wyciągnął swój wielki nos
we wstępnej pieszczocie, okręciła się w uskoku i wstydliwie uszczypnęła go w ramię...

Moje notatki opisujące dalszy ciąg tego incydentu są jak najbardziej


szczegółowe, ale obawiam się, że zanadto techniczne i naszpikowane terminologią
naukową, aby zasługiwały na umieszczenie w tej książce. Poprzestanę więc na
podsumowaniu tego, co nastąpiło, w stwierdzeniu, że Albert ponad wszelką
wątpliwość umiał kochać.

Została więc zaspokojona moja badawcza ciekawość, ale nie namiętność wujka
Alberta, i wytworzyła się sytuacja nadzwyczaj niezręczna. Chociaż czekaliśmy z
największą cierpliwością, na jaką nas było stać, przez całe dwie godziny, Albert nie
zdradzał najmniejszych poszlak, jakoby się kiedykolwiek zamierzał oderwać od swej
dopiero co znalezionej miłości. Utek i ja chcieliśmy wracać do chaty, a Kua miała
zabrać się z nami, nie mogliśmy więc czekać w nieskończoność. Poniekąd w
desperacji zdecydowaliśmy się wreszcie na wypad ku zakochanej parze.
Albert nie ustąpił, a właściwie kompletnie nas ignorował. Nawet Utek okazał
coś jakby niepewność, kiedyśmy się znaleźli w odległości czterech metrów od dwojga
kochanków i Albert wciąż nie dał ani znaku. jakoby się zamierzał oddalić. Impas ten
udało się dopiero wtedy przełamać, gdy z ogromną niechęcią strzeliłem w ziemię
opodal miejsca, gdzie znajdował się Albert.
Wystrzał obudził go z transu. Wzbił się wysoko w powietrze i uskoczył o
dziesięć metrów, ale zaraz odzyskawszy pewność siebie znów zaczął się do nas
przybliżać. W tym czasie myśmy odpięli łańcuch i Utek powlókł ponuro zapierającą
się sukę w stronę domu, a ja krylem odwrót ze strzelbą.
Albert nas nie odstąpił. Trzymał się w odległości piętnastu do dwudziestu
metrów to za nami, to z boku, to znowu przed nami, ale odczepić się od nas nie chciał.

93
Dowlókłszy się tak do chaty znów próbowaliśmy ostudzić jego zapędy oddając
salwę w powietrze, ale nie wywarło to żadnego skutku poza tym, że odstąpił o kilka
metrów dalej. Stało się oczywiste, że nie ma innego wyjścia niż zabrać sukę na noc do
chaty; bo gdybyśmy ją zostawili na psiej uwięzi z towarzyszami, wynikłaby z tego
wielka haratanina między psami i Albertem.
Była to straszna noc. W momencie gdy drzwi się zamknęły, Albert uderzył w
lament. Zawodził i wył i jęczał godzinami bez chwili przerwy. Psy odpowiadały mu
dziką kakofonią przeraźliwych wyzwisk i antylamentów. Kua dołączała się,
wykrzykując deklaracje wiecznej miłości. Sytuacja stała się nie do wytrzymania.
Jeszcze nie zaświtało, kiedy Mike zagroził, że znów pójdzie strzelać, ale teraz już nie
na postrach.
Wreszcie Utek uratował sytuację, a może i życie Albertowi. Przekonał Mike’a,
że jeśli wypuści sukę, wszystko będzie w porządku. Ona nie ucieknie, wyjaśnił, tylko
będzie się trzymała z wilkiem w pobliżu obozu. Kiedy skończy się jej cieczka. Kua
wróci do domu, a wilk pójdzie do swoich.
Jak zwykle miał najzupełniejszą rację. Przez następny tydzień migała nam od
czasu do czasu para kochanków, ramię w ramię przechodząca w oddaleniu przez jakiś
grzbiet. Nigdy nie zbliżali się ani do eskeru, gdzie nora, ani do chaty. Żyli w swoim
własnym świecie, na nic niepomni, oprócz siebie nawzajem.
Byli jakby nieświadomi naszej obecności, ja natomiast ich obecności byłem
dotkliwie świadom i lepiej się poczułem, kiedy pewnego ranka ujrzeliśmy, że Kua leży
na swoim zwykłym miejscu przy psiej uwięzi, z wyglądu wyczerpana lecz nasycona.
Następnego wieczora wujek Albert znów się przyłączył do rytualnego chóru
wieczornego na wilczym eskerze. Ale w głosie jego brzmiała teraz jakaś dostałość i
zadowolenie z siebie, jakich nigdy przedtem nie słyszałem; aż zęby mi ścierpły.
Przechwalanie się to rzecz, której nigdy nie mogłem znieść — nawet u wilków.

94
Dostawa mięsa

Od chwili przeniesienia wilcząt do parowu były one dla mnie najczęściej


niewidoczne; więc pewnego poranka, zanim Angelina i dwa samce wróciły z nocnych
łowów, udałem się w miejsce, gdzie trochę karłowatych świerków porosło sterczące
spod ziemi skały, spiętrzone ponad parowem w odległości niecałych trzydziestu
metrów. Podmuch wiatru był ledwie odczuwalny i szedł od północnego wschodu, tak
że gdyby jakiś wilk był w legowisku albo pojawił się, nie miał wielkich szans, aby
mnie zwęszyć. Usadowiwszy się pośród świerczków, zacząłem przepatrywać
dokładnie dno parowu.
Cały ten odgrodzony teren (jakieś trzydzieści metrów długości na dziesięć
szerokości) był pokrzyżowany tropami. Kiedy się przyglądałem, dwa szczeniaki
wychynęły z plątaniny potrzaskanych skal pod ścianą parowu i pognały jednym z
tropów nad brzeg małego potoczku. Tam stanęły jedno przy drugim i wetknęły swe
szerokie mordki do wody, merdając przy tym serdelkowatymi ogonami.
W ostatnich tygodniach bardzo urosły i z wielkości — a trochę i z kształtu —
przypominały teraz dorosłego świstaka. Były tak tłuste, że łapy ich wydawały się
nieproporcjonalnie małe, a szary wełnisty płaszcz ze szczenięcej sierści nadawał im
wygląd jeszcze krąglejszy. Niczym nie zapowiadały na oko wspaniałej, wysmukłej i
gibkiej budowy swych rodziców.
Trochę poniżej tamtych ukazał się trzeci szczeniak, wlokąc nieźle już
obgryzioną łopatkę karibu. Warczał nad nią, jak nad czymś żywym i niebezpiecznym,
aż usłyszawszy go wilczęta nad potokiem uniosły swe ociekające mordki, po czym
rzuciły się w jego kierunku.
Rozpętała się bójka bez żadnych reguł czy ograniczeń i powietrze wypełniło się
szczenięcym warkotem, okropnymi wizgami wściekłości, gdy ta lub inna z bestyjek
wbiła w bratnią nogę szpilki swych zębów. Czwarty szczeniak zjawił się i rzucił w
potyczkę z ekstatycznym kwikiem rozkoszy.
Po czterech czy pięciu minutach tej walki na śmierć i życie kruk przeleciał
nisko nad parowem i gdy jego cień przesunął się obok, wilczęta porzuciły kość i

95
skoczyły się kryć. Ale był to widocznie tylko element gry, bo natychmiast wychynęły
na powrót, wcale nie okazując lęku. Dwa zaczęły się znów szarpać o kość, a dwa
pozostałe odeszły na spłacheć torfowiska, żeby tam węszyć za myszami.
Jeśli na tym kawalątku zostały w ogóle jakieś myszy, to już wyjątkowo cwane.
Po kilku minutach pobieżnego wywąchiwania i paru próbach rozgrzebania błota
szczeniaki zrezygnowały z polowania i zaczęły się z sobą bawić.
W tej chwili właśnie wróciła Angelina.
Byłem tak pochłonięty oglądaniem wilcząt, że nie spostrzegłem jej obecności,
aż usłyszałem w pobliżu głęboki skowyt. Szczeniaki go też usłyszały i wszyscy
jednocześnie odwróciwszy głowy ujrzeliśmy ją na krawędzi parowu. Szczenięta
natychmiast porzuciły swoje zabawy i w podnieceniu podniosły przeraźliwy zgiełk,
jedno z nich nawet stanęło na dwóch tylnych, pękatych łapach, przednimi w radosnym
oczekiwaniu przebierając w powietrzu.
Angelina przyglądała się im parę sekund we wdzięcznej postawie gotowości,
potem zeskoczyła za krawędź i dalej, na dno parowu, gdzie opadnięto ją. Obwąchała
każde ze szczeniąt, niektóre przewracając przy tym na plecy, po czym zgarbiła się i
zaczęła rzygać.
Choć powinienem się był tego spodziewać, w pierwszym zaskoczeniu
przeżyłem okropny moment, sądząc, że połknęła jakąś truciznę. Nic podobnego. Po
kilku konwulsyjnych ruchach zregurgitowala coś wyglądającego jak pięć kilo
częściowo strawionego już mięsa, lub więcej, po czym uskoczyła z drogi i położyła się
patrząc, jak dzieci jedzą.
Dla mnie ta poranna dostawa mięsa była trochę nieapetyczna, ale dzieciom to
nie przeszkadzało. Obojętne na wszystko prócz żarcia rzuciły się na śniadanko.
Angelina zaś przyglądała się im pobłażliwie, nawet nie próbując korygować ich
okropnych manier.
Po śniadaniu — ani strzępka nie zostało na drugie śniadanie — wilczęta po
prostu padły jak stały, aż wzdęte i najwyraźniej chwilowo niezdolne do dalszego
diabelstwa.
Wszystkich nas ogarnęła senność upalnego poranka letniego. Wkrótce
pozostałem jedynym, co nie usnął, i też przychodziło mi to z trudnością. Rad bym

96
zmienił trochę pozycję i przeciągnął się, ale nie śmiałem się ruszyć, bo byłem tak
blisko wilków i cisza panowała tak kompletna, że usłyszałyby z mej strony najlżejszy
szelest.
Może niezręcznie o tym wspominać, ale muszę tu wyznać, że natura
wyposażyła mnie od urodzenia w pewnego rodzaju komorę rezonansową w okolicach
żołądka. Ilekroć jestem głodny, a czasem nawet kiedy nie jestem, ta część mojej
anatomii staje się autonomiczna i zaczyna wydawać odgłosy o zaskakującej
różnorodności i amplitudzie, w których donośność aż trudno uwierzyć temu, kto ich
nie słyszał. Nic na to nie mogę poradzić, jakkolwiek z biegiem lat nauczyłem się
przynajmniej łagodzić ich skutki, udając, już nawet dość umiejętnie, że nic z tym nie
mam wspólnego i że słyszane przez ludzi bulgoty nie ze mnie wychodzą.
Mój demoniczny dobosz z dennych otchłani teraz akurat uparł się robić swoje; i
wynikła stąd kakofonia przetoczyła się w ciszy poranka jak odległy grzmot.
Angelina wzdrygnęła się zbudzona. Głowa jej się uniosła w bacznym nasłuchu,
ale z wyrazem zdziwienia. Gdy odgłosy nie ustawaly (pomimo największych starań z
mej strony, aby je stłumić), z wolna dźwignęła się i spojrzawszy na wilczęta, jakby dla
upewnienia się, że to nie one, z zastanowieniem skierowała oko w bezchmurne niebo.
Tam też nie było rozwiązania zagadki. Z całkiem już obudzoną czujnością zaczęła
szukać źródła nieznanych dźwięków.
Nie było to łatwe, gdyż w ogóle odgłosy trawienne, a moje w szczególności,
mają charakter silnie brzuchomówczy. Dwa razy przeszedłszy się tam i z powrotem
wzdłuż parowu Angelina jak gdyby nie posunęła się w kierunku zaspokojenia swej
ciągle rosnącej ciekawości.
Nie mogłem się zdecydować, czy podjąć próbę odwrotu. czy trwać na zajętych
pozycjach w nadziei, że moja wewnętrzna orkiestra się wyczerpie; tymczasem
orkiestra, pokazując, że jest nadal pełna krzepy i wigoru, wydała nowy a przeciągły
burkot, jak gdyby ziemia się zatrzęsła. Po chwili głowa Angeliny ukazała się zza
krawędzi parowu o jakieś trzy metry ode mnie.
Przez kilka sekund wpatrywaliśmy się sobie milcząco w oczy. To znaczy ona
milczała, a ja się starałem — zawzięcie, ale bez większego skutku. Sytuacja była
nadzwyczaj kłopotliwa; im dłużej znałem Angelinę, tym większy miałem dla niej

97
szacunek; ceniłem jej dobre mniemanie o mnie i nie chciałem wyjść w jej oczach na
błazna.
Na cokolwiek bym skądinąd wyglądał, czułem się teraz jak błazen. Jej nagłe
pojawienie się jakby pobudziło mych jelitowych muzykantów do tym świetniejszych
wysiłków; i zanim zdołałem wymyślić jakąś sensowną formę przeproszenia jej za to,
Angelina ściągnęła wargi, obnażyła swe przepyszne białe zęby z wyrazem chłodnej
pogardy i znikła.
Opuszczając w pośpiechu kryjówkę, pobiegłem za nią na brzeg parowu, ale już
za późno, żeby chociaż powiedzieć „przepraszam”. Dojrzałem z niej tylko
lekceważące mignięcie pięknego ogona, kiedy znikała w pieleszach rozpadlin po
przeciwległej stronie parowu, zaganiając przed sobą wilczęta.

98
Goście z Ukrytej Doliny

Mimo że kontynuowałem swe czuwania w namiocie obserwacyjnym daleko


poza początek lipca, niewiele już zdołałem wzbogacić swoją wiedzę o wilkach.
Ponieważ wilczęta prędko rosły i potrzebowały coraz większych ilości pokarmu,
George, Angelina i Albert zmuszeni byli poświęcać większą część swego czasu i
energii na dalekie wyprawy myśliwskie. Chwile spędzane w pobliżu nory zużywali
przeważnie na odsypianie coraz bardziej wyczerpujących wysiłków, aby wykarmić
szczenięta. Ale i teraz jeszcze udawało im się mnie czasami zaskoczyć.

Któregoś dnia wilki zabiły karibu niedaleko od swego domu i ten poręczny
zapas mięsa pozwolił im skorzystać z urlopu. Tej nocy w ogóle nie wyruszyły na
polowanie, tylko pozostały w pobliżu nory i zażywały wywczasów.
Nazajutrz poranek wstał piękny i ciepły, i całą trójkę ogarnął jakby nastrój
miłego znużenia. Angelina wylegiwała się na skałach powyżej letniej nory, George i
Albert zaś odpoczywali w piaszczystych legowiskach na krawędzi eskeru. Jedynym
znakiem życia, jaki dawały w ciągu tego długiego poranka, była od czasu do czasu
zmiana pozycji i leniwe rozejrzenie się po okolicy.
Tuż przed południem Albert podniósł się i zakosami powędrował w dół ku
zatoce, żeby się napić. Później przez godzinkę czy dwie od niechcenia polował na
głowacze, a następnie ruszył z powrotem do legowiska. W połowie zbocza wypadło
mu się zatrzymać i załatwić naturalną potrzebę, a wysiłek ten widocznie tak go
wyczerpał, że zrezygnował z dalszej wspinaczki na grzbiet eskeru i wyciągnął się, tak
jak stal. Głowa mu zaczęła natychmiast opadać i wkrótce zasnął.
A tymczasem podglądano go. George leżał z głową wspartą na przednich
lapach i obserwował mimochodem, jak idzie jego przyjacielowi rybołówstwo. Kiedy
Albert padł zmorzony snem, George się podniósł. Przeciągnął się, ziewnął od ucha do
ucha, po czym jakby z niedbałą dezynwolturą zaczął zmierzać ku miejscu, gdzie leżał
Albert. Wędrował sobie jak gdyby bez celu, przystając, aby obwąchać jakiś krzak albo
mysią dziurę, a dwa razy usiadł, ażeby się podrapać. Ani na chwilę jednak nie

99
spuszczał z oka Alberta — i gdy się przypałętał na odległość piętnastu metrów od
śpiącego wilka, jego zachowanie nagle się całkowicie zmieniło.
Przysiadłszy do niemalże kociego przyczajenia zaczął się powolutku skradać w
stronę Alberta z wszelkimi objawami jak najpoważniejszych zamiarów. Napięcie rosło
i uświadomiłem sobie, że ściskam kurczowo moją lunetę, czekając na wynik i
zastanawiając się, co spowodowało u George’a tę nagłą przemianę? Czyżby pękła
wreszcie idealna harmonia w rodzinie? Czy Albert w jakiś sposób naruszył wilczy
kodeks i teraz miał krwią to przypłacić? Na to mi wyglądało.
Nadzwyczaj ostrożnie George podczołgiwał się coraz bliżej i bliżej do śpiącego, który
się niczego nie spodziewał. Gdy się znalazł o jakieś trzy metry od Alberta — nadal nie
wiedzącego nic o Bożym świecie — George zebrał pod siebie zadnie łapy i odczekawszy w
sam raz tyle, żeby się nasycić rozkoszą tego momentu, zerwał się do gigantycznego skoku,
wydając równocześnie przerażający ryk.
Uderzenie co najmniej siedemdziesięciu kilogramów spadającego na zdobycz
wilka powinno było wydusić z Alberta ostatek tchu; jednak coś w nim jeszcze zostało,
bo wydał dźwięk całkiem nowy w moim katalogu wilczych odgłosów. Był to wysoki,
przenikliwy wizg szoku i oburzenia, trochę podobny do głosu, jaki zdarzyło mi się
słyszeć z ust rozgniewanej kobiety, kiedy w natłoczonym wagonie metra ktoś ją
uszczypnął w tyłek.
George odskoczył, już w biegu, gdy za nim Albert się dopiero gramolił na nogi.
Pościg, który po tym nastąpił, sprawiał wrażenie śmiertelnie poważne. George pognał
w górę po zboczu eskeru, jakby go ścigała sfora z piekła rodem, Albert zaś gonił go z
ponurą i wściekłą zajadłością. Obaj kluczyli w unikach tam i nazad, wytężając się do
granic możliwości.
Gdy przelatywali koło letniego legowiska, Angelina poderwała się i prędko
spojrzawszy przyłączyła się z entuzjazmem do gonitwy. Stosunek sił zrobił się przez
to dwa do jednego na niekorzyść George’a i nie mogąc już stosować uników musiał
się zdać na prostą ucieczkę, która poniosła go w dół po zboczu eskeru, przez
torfowisko i brzegiem zatoki.
Na wybrzeżu u jej cypla była ogromna, pęknięta skała i George śmignął w jej
wąską szczelinę, zrobił gwałtowny skręt, aż piach i kamienie mu bryznęły spod nóg,

100
po czym błyskawicznie okrążył skałę akurat na czas, żeby dopaść Angelinę z burty.
Bez wahania i z rozmysłem staranował ją, tak że kompletnie przekoziołkowała i
pojechała dwa metry na boku.
W ten sposób George wyeliminował chwilowo z akcji jedno ze swych
prześladowców, ale stracił za to prowadzenie. Zanim zdążył się odbić od pogoni,
Albert dopadł go i zwalili się razem, skłębieni w walce. A tymczasem Angelina się
pozbierała i znów rzuciła się w wir bójki.
Bijatyka skończyła się tak samo nagle, jak się zaczęła, i trzy wilki odstąpiły od
siebie, otrząsnęły się, obwąchały nos w nos, pomachały zawzięcie ogonami i
truchcikiem pobiegły z powrotem ku legowisku, okazując wyraźnie, że wszystkie się
setnie ubawiły.
Takie praktyczne żarty nieczęsto się zdarzały u wilków, widziałem jednak
kilkakrotnie, jak Angelina urządzała zasadzkę, dojrzawszy z daleka, że George wraca
z wyprawy myśliwskiej. Chowała się wtedy i wyskakiwała na niego, kiedy się już z
nią prawie zrównał. On zawsze robił wrażenie zaskoczonego; ale mogło to być
udawane, bo na ogół węch musiał go przecież uprzedzać o jej bliskości. Kiedy
zaskoczenie minęło, Angelina szturchała swego małżonka nosem, obejmowała go
przednimi łapami, przypadała tuż przed nim do ziemi z uniesionym do góry zadem,
albo pomykała u jego boku, serdecznie potrącając go ramieniem. Wszystko to miało
charakter takiego jakby prywatnego rytuału powitalnego.

Wiele dal mi do myślenia inny wypadek, jaki zdarzył się w sezonie


ogórkowym, w lipcu. Chociaż Angelina teraz już często wypuszczała się z basiorami
na wyprawy łowieckie, zdarzały się noce, że zostawała w domu, i jednej z takich nocy
odwiedzili ją goście.
Było już dobrze po północy i drzemałem w swoim namiocie, kiedy wilk zawył
gdzieś z południowej strony, niedaleko ode mnie. Był to zew dosyć niezwykły, jakby
przytłumiony i nie wibrujący. Sięgnąwszy sennie po lornetkę próbowałem ustalić jego
źródło. W końcu wypatrzyłem dwa wilki, oba nietutejsze, jak siedziały na cyplu zatoki
po mojej stronie, na wprost wilczego eskeru.

101
Odkrycie to z miejsca mnie otrzeźwiło, nabrałem już bowiem przekonania, że
terytorium każdej rodziny wilczej pozostaje dla innych wilków nietykalne.
Wiedziałem, że Angelina jest w domu, bo dopiero co widziałem, jak wchodzi do
parowu, i byłem ogromnie ciekaw, jak też ona zareaguje na to wtargnięcie.
Gdy skierowałem szkła na parów (luneta mniej się nadawała do nocnych
obserwacji w przeważającym wówczas półmroku niż zwykła lornetka), Angelina już
się wyłoniła i stała teraz twarzą do miejsca, gdzie znajdowali się obcy.
Była w stanie żywej czujności, z głową podaną do przodu, z nastawionymi
uszami i ogonem wyciągniętym prosto w tył jak u setera.
Przez kilka minut żaden z wilków nie ruszył się i nie odezwał; wreszcie jeden z
przybyszów spróbował jakby pytającego zawycia, które już słyszałem. Angelina
zareagowała natychmiast. Zaczęła powoli machać ogonem, a jej napięta postawa
najwyraźniej się odprężyła. Po czym wybiegła do przodu na skraj rozpadliny i ostro
szczeknęła.
Owszem... jestem świadom, że według książek wilki (jak i psy husky) nigdy nie
szczekają; mimo to szczekanie Angeliny było szczekaniem i niczym innym; skoro je
tylko dwa obce wilki usłyszały, podniosły się i ruszyły truchcikiem wzdłuż wygiętego
w łuk brzegu zatoki.
Angelina wyszła im naprzeciw jakieś pól kilometra od legowiska. Tam
stanąwszy jak wryta czekała, aż się zbliżą, i gdy się znalazły o jakieś pięć albo
dziesięć metrów od niej, one także stanęły. Nie słyszałem nic; ale ogony wszystkich
trojga zaczęty z wolna wachlować i po jakiejś minucie tych oznak wzajemnej
życzliwości Angelina postąpiła żwawo do przodu i zapoczątkowała wąchanie nosów.
Kimkolwiek byli przybysze, jasne się stało, że są mile widziani. Po
zakończeniu ceremonii powitalnych wszystkie trzy wilki udały się truchtem ku letniej
norze. Na skraju parowu jedno z przybyłych zaczęło baraszkować z Angeliną i bawili
się tak we dwoje przez kilka minut, chociaż o wiele powściągliwiej niż Angelina z
Georgem lub George z Albertem.
Podczas gdy oni się bawili, drugie z przybyłych zeszło najspokojniej w głąb
rozpadliny, w której przebywała czwórka szczeniąt.

102
Niestety nie mogłem dojrzeć, co się dzieje w samym parowie; ale na pewno nic
takiego, co by Angelinę zaniepokoiło, bo skończywszy przyjacielską zabawę ona też
podeszła do krawędzi parowu i stała tam patrząc w dół, a ogon jej wymachiwał
mocniej niż przedtem.
Odwiedziny przybyszów nie trwały długo. Po dwudziestu minutach ten z
parowu znów się wynurzył; cała trójka znów obwąchała sobie nosy, a potem nietutejsi
odwrócili się i odeszli tak samo, jak przybyli. Angelina odprowadziła ich kawałek,
figlując najpierw z jednym, a potem z drugim. Do domu zawróciła dopiero, gdy tamci
skierowali się od brzegu zatoki w kierunku zachodnim.
Kiedy opowiedziałem Utekowi, com widział, nie był tym wcale zaskoczony, a
przeciwnie, to moje zaskoczenie wydało mu się niezrozumiałe. Przecież ludzie,
zwrócił mi uwagę, przychodzą w odwiedziny do innych ludzi, cóż zatem dziwnego, że
wilki przychodzą w odwiedziny do wilków?
I tu mnie zagiął.
W tym punkcie włączył się Mike i poprosił, żebym mu opisał obce wilki.
Postarałem się, jak mogłem, a on pokiwał głową.
— Chyba one są z tej gromady w Ukrytej Dolinie — powiedział. — To może
trzy, cztery mile stąd na południe. Widziałem je dużo razy. Dwie suki i jeden wilk
pies, i trochę szczeniąt. Chyba jedna to matka tej suki, co ją nazywasz Angelina, a
druga może Angeliny siostra. W każdym razie w jesieni one łączą się z twoją gromadą
i razem idą na południe.
Przez kilka minut rozważałem sobie w milczeniu te informacje i wreszcie
spytałem:
— Jeżeli tylko jedna z tych suk ma samca, to druga musi być jeszcze panną.
Która to z nich, jak sądzisz?
Mike przyjrzał mi się przeciągle i z namysłem.
— Słuchaj — powiedział — czy prędko myślisz zostawić ten kraj i wracać do
siebie, co? Chyba jesteś tu już cholernie dużo za długo.

103
Życie rodzinne

W środku lipca zdecydowałem, że już najwyższy czas porzucić moją rolę


siedzącego na miejscu obserwatora i zająć się poważnie badaniem łowieckiej
działalności wilków.
Decyzję tę przyśpieszyło zresztą przypadkowe odkrycie pod stosem brudnych
skarpetek, które gromadziły się już od szeregu tygodni, moich od dawna zarzuconych
Wytycznych Działania. Już prawie zapomniałem nie tylko o tych Wytycznych, ale i o
całej Ottawie; lecz wertując na nowo mój plik drobiazgowych instrukcji
uświadomiłem sobie, że winien jestem zaniedbania obowiązków służbowych.
Wydane mi polecenia stwierdzały wyraźnie, że jako swoje pierwsze zadanie
powinienem był przeprowadzić spis pogłowia wilków i dokonać ich ogólnej inspekcji,
a następnie zająć się intensywnym badaniem „relacji wilk—karibu—drapieżca—łup”.
Tak więc badania natury wilków oraz ich społecznego zachowania się zostały w
układzie odniesień mej pracy stanowczo usunięte poza ich nawias, wobec czego
zwinąłem pewnego ranka mój namiocik, spakowałem lunetę i zlikwidowałem punkt
obserwacyjny. Nazajutrz Utek i ja załadowaliśmy na kanu wyposażenie obozowe i
wyruszyliśmy na długi spływ po tundrowych równinach w kierunku północnym.
W ciągu następnych tygodni przebyliśmy wiele setek mil i zebraliśmy mnóstwo
informacji na temat populacji wilczej tudzież relacji wilk—karibu—drapieżca—łup;
jak również mnóstwo wiadomości z tym związanych, które — jakkolwiek celom
Departamentu nie służące — nie dały się kompletnie zignorować.
Półoficjalna szacunkowa ocena wilczego pogłowia w Keewatin została już
dokonana przez kompetentne czynniki, w oparciu o informacje uzyskane z
normalnych źródeł trapersko-kupieckich, i wyrażała się liczbą 30 tysięcy wilków.
Nawet przy mojej nader szczątkowej znajomości matematyki łatwo przyszło mi
obliczyć, że oznacza to przeciętnie jednego wilka na sześć mil kwadratowych. Jeśli
następnie wziąć pod uwagę fakt, że mniej więcej jedna trzecia równin tundrowych
znajduje się pod wodą, a jedna trzecia składa się z jałowych wzgórz i grzbietów
skalnych, gdzie nie mogłyby wyżyć ani karibu, ani wilk, ani też większość innych

104
zwierząt, gęstość zawilczenia wzrosłaby mniej więcej do jednego wilka na dwie mile
kwadratowe.
To by było dość gęsto. Gdyby tak było naprawdę, wówczas moglibyśmy, Utek i
ja, wskutek naporu wilków mieć kłopoty nawet z posuwaniem się naprzód.
Na nieszczęście dla tych teoretyków spotkane przez nas wilki były tylko z
rzadka rozproszone, jak zwykle w grupach rodzinnych — a każda rodzina zajmowała
terytorium od stu do trzystu mil kwadratowych, choć ten rozsiew nie był wcale
równomierny. Na przykład trafiliśmy w jedno miejsce, gdzie dwie rodziny miały nory
w odległości pół mili od siebie; a Utek powiedział mi, że znalazł kiedyś nad rzeką
Kazan trzy wilczyce, każdą z miotem szczeniąt, osiadłe na eskerze w norach
położonych w odległości metra czy dwóch. Z drugiej strony zaś wędrowaliśmy trzy
dni po terenach nad rzeką Thlewiaza, wyglądających na dobry kraj wilczy, i nie
uświadczyliśmy ani jednego tropu, ani łajna, ani włosa wilczego. Nader niechętnie i
uświadamiając sobie, że nie pozyska mi to życzliwości mych pracodawców, zmuszony
byłem zredukować szacunkową ocenę tej populacji do trzech tysięcy, i to jeszcze
zapewne z grubą przesadą.
Spotykane przez nas rodziny bywały rozmaitej wielkości, od pojedynczej pary
dorosłych z trojgiem szczeniąt aż do grupy liczącej siedmioro dorosłych i dziesięć
wilcząt. Jako że we wszystkich grupach — oprócz jednej — znajdowały się
nadliczbowe osobniki dorosłe i że niczego bym się nie mógł dowiedzieć o ich statusie
w odniesieniu do rodzin, chyba że bym je mordował (co też pozwoliłoby mi określić
jedynie ich wiek i płeć), znów odwołałem się po informacje do Uteka.
Powiedział mi, że wilczyce nie rozmnażają się przed ukończeniem dwóch lat, a
samce przed ukończeniem trzech. Dopóki nie osiągną wieku rozmnażania się,
pozostają przy rodzicach; ale nawet jak dojrzeją do założenia rodziny, często nie
pozwala im na to brak miejsca do życia. Po prostu nie ma tylu terenów łowieckich,
żeby każda wilczyca mogła wydać na świat małe i zapewnić im utrzymanie. Ponieważ
nadmierna liczebność wilków, przewyższająca lokalną możliwość ich wyżywienia,
oznaczałaby szybki spadek liczby zwierząt służących im za zdobycz — i w ślad za
tym zagłodzenie samych wilków — muszą one uprawiać coś w rodzaju kontroli
urodzeń przez celibat. Niektóre z dorosłych wilków zmuszone są całymi latami trwać

105
w stanie kawalerskim, aż dostępne się okaże jakieś terytorium. Ponieważ jednak okres
gwałtownych żądz miłosnych trwa — zaledwie około trzech tygodni w roku — więc
ci starzy kawalerowie i panny chyba nie cierpią zbytnio z powodu seksualnego
niewyżycia. A przy tym ich potrzeba ciepła rodzinnego i towarzystwa innych
dorosłych, jak i szczeniąt, jest najwidoczniej zaspokajana we wspólnocie grupy
rodzinnej. A co więcej, Utek przypuszczał, że niektóre wilki nawet wolą status
„wujka” czy „ciotki”, jako że zapewnia im to przyjemność uczestnictwa w
prowadzeniu rodziny bez narażania się na pełnię obowiązków rodzicielskich.
Stare wilki, zwłaszcza te, które straciły towarzyszy swego życia, też skłonne są
trwać w stanie bezżennym. Utek mi opowiedział o wilku, którego spotykał co roku
przez szesnaście lat, a który w ciągu pierwszych sześciu lat płodził rok w rok
szczenięta. Siódmej zimy jego towarzyszka przepadła, może otruta na południu przez
łowców premii. Następnej wiosny samiec znów pojawił się na starym legowisku. Ale
choć i w tym roku został tam wychowany miot szczeniąt, należały one do innej pary
wilków; być może — jak sądził Utek — do syna wdowca i do jego synowej. Tak czy
owak stary wilk pozostał w tym układzie jako nadliczbowy do końca swego życia,
choć nadal się przykładał do żywienia szczeniąt.
Niezależnie od tego, że istnieje tylko ograniczona liczba dostępnych wilkom
siedzib zapewniających przeżycie, ich liczebność jest jakby dodatkowo ograniczana
przez wrodzony mechanizm regulacji urodzin. Zdarza się więc, że gdy gatunki służące
za pokarm występują w obfitości — albo gdy wilcza populacja jest niewielka —
samice rodzą duże mioty, czasami aż do ośmiu szczeniąt. Ale jeśli wilki się zbyt
rozmnożyły albo daje się odczuć brak żywności, liczba szczeniąt w miocie może spaść
do jednego czy dwóch. Odnosi się to również do innych zwierząt arktycznych, takich
jak myszołów włochaty. W latach gdy drobne ssaki występują obficie, myszołowy te
składają pięć do sześciu jaj w jednym lęgu; ale gdy myszy i lemingów jest mało,
zdarza im się znosić po jednym jajku, albo i wcale się nie rozmnażać.
Epidemie są nadrzędnym czynnikiem gwarantującym, że choćby nawet inne
czynniki zawiodły, populacja wilków i tak nie stanie się zbyt liczna, aby ją zwierzęta
zdobyczne mogły wykarmić. W bardzo rzadkich wypadkach, gdy równowaga została
naruszona (często na skutek ingerencji człowieka) i wilki się zbyt rozmnożyły,

106
zaczynają one niebawem słabnąć fizycznie w miarę, jak brakuje pokarmu, i
niedożywienie potęguje się aż do zagłodzenia. W takich okresach wśród wilków
zawsze pojawiają się wyniszczające epidemie wścieklizny, świerzbu i nosówki, tak że
liczba zwierząt zostaje szybko zredukowana do poziomu zapewniającego przetrwanie.
W roku 1946 lemingi (będące w kanadyjskiej Arktyce gatunkiem cyklicznym,
którego największa obfitość przypada raz na cztery lata, po czym liczba ich spada
niemal do zera) znalazły się w dolnym punkcie swego cyklu. I akurat się przypadkiem
zdarzyło, że straszliwie przerzedzone stada karibu z Keewatin postanowiły w tym
roku zmienić odwieczne kierunki swej migracji i większość ich w ogóle ominęła
południową część środkowego Keewatin. Był to sezon jednakowo katastrofalny dla
Eskimosów, lisów i wilków. W kraju zapanował głód. Utajony wirus wścieklizny
rozszalał się wśród zagłodzonych lisów i wilki też zaczęły na nią zapadać.

Otóż zwierzęta chore na wściekliznę nie wpadają we „wściekłość” w zwykłym


znaczeniu tego słowa. Upośledzony jest ich system nerwowy, tak że stają się kapryśne
i nieobliczalne, tracą zaś chroniące je poczucie strachu. Wściekłe wilki czasem
wchodzą na oślep pod pędzące samochody i pociągi; zdarzało się, że właziły chwiejnie
w sam środek całej sfory huskych i zostawały natychmiast rozdarte w strzępy;
nierzadko też zapuszczały się w ulice osiedli, a nawet wchodziły do namiotów i
domów, gdzie byli ludzie. Takie wilki, chore i już tylko o krok od śmierci, są godne
politowania; jednak ludzie reagują na nie zwykle wybuchem obłędnej trwogi — nie
przed chorobą, bo rzadko bywa ona rozpoznana jako wścieklizna, tylko przed samym
wilkiem. Zdarzają się wówczas iście groteskowe incydenty, przyczyniające się do
podtrzymania powszechnego mitu o złośliwej i niebezpiecznej naturze wilków.
Jeden taki chory i zdychający wilk pojawił się w Churchill podczas epidemii
1946 roku. Natknął się najpierw na kaprala armii kanadyjskiej, który z posiedzenia w
znanej nam już piwiarni w Churchill kierował się z powrotem do koszar. Według
relacji kaprala gigantyczny wilk skoczył na niego w morderczych zamiarach, tak iż


Pogłowie karibu w Kanadzie spadło z około 4 milionów w 1930 do niecałych 170 tysięcy w 1963 roku.

107
wojak ledwo uszedł z życiem, biegnąc dwa kilometry do zbawczej wartowni. Nie
mógł wprawdzie okazać materialnych dowodów tego, co przeszedł, ale blizny w jego
psychice musiały być głębokie. Alarm, jakiego narobił, wprawił cały obóz wojskowy
w panikę bliską zbiorowej histerii. Zmobilizowano jednostki zarówno amerykańskie,
jak i kanadyjskie, i ruszyły w pole brygady mężczyzn o twarzach pełnych
determinacji, zbrojnych w długie i krótkie karabiny, w reflektory, przetrząsać całą
okolicę i rozprawić się z niebezpieczeństwem, które w przeciągu paru godzin rozrosło
się w kilka stad wygłodniałych wilków.
W gorączce, która teraz nastąpiła, ofiarą padło jedenaście psów husky, jeden
starszy szeregowiec armii amerykańskiej i jeden późno wracający do domu Indianin z
plemienia Chipeway — nie wilków padli ofiarą, lecz wigilantów.
Przez dwa dni kobiety i dzieci nie wychodziły z domów. W obozie wojskowym
żołnierze piesi stali się prawie niewidoczni, a w razie odkomenderowania do nieco
dalszych budynków albo udawali się tam dżipem, uzbrojeni po zęby, albo nie udawali
się wcale.
Drugiego dnia z lekkiego samolotu wojskowego, który się włączył do akcji,
wypatrzono wilka i natychmiast nieustraszony oddział Policji Konnej wyruszył, aby
się z nim rozprawić. Wilk okazał się być cocker-spanielem należącym do dyrektora
Hudson’s Bay Company.
Dopiero na trzeci dzień panika opadła. Tego dnia pod wieczór kierowca 6-
tonowej ciężarówki wojskowej, wracający z lotniska do obozu, nagle ujrzał przed sobą
na drodze kłębek futra. Wycisnął hamulce, ale nie zdołał się zatrzymać na czas i wilk
— już tak chory, że nie mógł się ruszać — został miłosiernie zabity.
Interesujące było pokłosie tej historii. Do dziś nie brakuje mieszkańców
Churchill (i z pewnością także rozsianych gdzieś po kontynencie żołnierzy), którzy jak
na zawołanie opiszą wam inwazję wilków na Churchill w 1946 roku. Opowiedzą wam
o własnych bojach na śmierć i życie; o napaściach na kobiety i dzieci; o sforach psów
rozdartych na strzępy; i o tym, jak całe miasto żyło w stanie oblężenia. Brak tylko
dramatycznego finału w postaci opisu, jak to północnoamerykański odpowiednik
rosyjskiej trojki gna po lodowatej równinie, aż go nieuchronnie pokryje fala wilków, a

108
noc podbiegunowa zabrzmi od chrzęstu ludzkich kości chrupanych przez wilcze
szczęki.

109
Nagi wśród wilków

Tygodnie, które spędziliśmy na spływie po tundrach, były istną sielanką.


Pogoda utrzymywała się na ogół dobra. a poczucie swobody, jakim darzył nas ten
bezkresny kraj, było tak ożywcze jak nasz wędrowny żywot.
Ilekroć znaleźliśmy się na terytorium nowej rodziny wilczej, rozbijaliśmy obóz
i badaliśmy okoliczne równiny tak długo, jak trzeba, żeby się z tą grupą zapoznać.
Pomimo ogromu tej bezludnej krainy nigdy nie byliśmy sami, bo towarzyszyły nam
zawsze stada karibu. One i ciągnące za nimi gromady mew srebrzystych i kruków
ożywiały krajobraz, który bez nich mógłby się wydawać trochę zbyt nagi.
Ten kraj należał do jeleni, wilków, ptactwa i drobnej zwierzyny. My dwaj
byliśmy tylko przypadkowymi i nic nie znaczącymi intruzami. Człowiek nigdy nie
podporządkował sobie Barrenów. Nawet Eskimosi, których niegdyś to było
terytorium, żyli z nimi w zgodzie. Teraz ci lądowi Eskimosi już prawie znikli. Mała
grupka czterdziestu dusz, do której należał Utek, była ostatnią pozostałością plemion
interioru, doszczętnie zagubioną w tych olbrzymich pustkowiach.
Inne ludzkie istoty spotkaliśmy tylko jeden raz. Pewnego ranka, wkrótce po
wyruszeniu w drogę, opłynęliśmy zakole rzeki i nagle Utek podniósł wiosło i
krzyknął. Przed nami na obeschłym zalewisku stal przysadzisty, skórzany namiot. Na
krzyk Uteka wykłębili się z niego dwaj mężczyźni, kobieta i trzech wyrostków;
podbiegli do samej wody patrzeć, jak podpływamy.
Wylądowaliśmy i Utek przedstawił mnie jednej z rodzin swego plemienia.
Przesiedzieliśmy całe popołudnie pijąc herbatę, plotkując, śmiejąc się i śpiewając, i
pożerając góry gotowanego mięsa karibu. Kiedyśmy się zbierali na nocleg, Utek
wyjaśnił mi, że mężczyźni z rodziny rozbili obóz właśnie tutaj, w miejscu dogodnym
do przechwytywania stad karibu przeprawiających się przez cieśninę o kilka mil stąd
w dół rzeki. Ciągnąc na pagaju w jednoosobowych kajakach, uzbrojeni w krótkie
dziryty, spodziewali się ubić na przeprawie dostateczną ilość tłustej zwierzyny, aby się
zaopatrzyć na zimę. Utek pragnął zapolować w ich towarzystwie i miał nadzieję, że
zgodzę się zatrzymać tutaj na kilka dni, aby mógł pomóc swym przyjaciołom.

110
Nie miałem nic przeciwko temu, więc następnego ranka trzej Eskimosi
wyruszyli, zostawiając mnie wygrzewającego się we wspaniałości sierpniowego dnia.
Pora owadów już przeszła. Był upał bez wiatru. Postanowiłem skorzystać z
pogody, aby popływać i dopuścić trochę słońca do mojej bladej skóry, więc odszedłem
kilkaset metrów od eskimoskiego obozu (wstydliwość to ostatni z cywilizowanych
nałogów, jakiego człowiek się pozbywa w dzikiej głuszy), rozebrałem się,
popływałem, a potem wdrapałem się na pobliską krawędź i ległem, żeby się opalać.
Po wilczemu podnosiłem niekiedy głowę i rozglądałem się, aż koło południa
ujrzałem grupę wilków, przekraczającą najbliższy grzbiet na północ.
Były to trzy wilki, jeden biały. a dwa prawie czarne — rzadka odmiana
zabarwienia. Wszystkie dorosłe, ale jeden z czarnych mniejszy i lżejszy niż pozostałe
— była to prawdopodobnie samica.
Znalazłem się w kropce. Moje ubranie leżało w pewnej odległości na brzegu,
miałem ze sobą tylko gumiaki i lornetkę. Wiedziałem, że jeśli wrócę po ubranie, mogę
zgubić ślad wilków. Ale, pomyślałem sobie, po co komu w taki dzień ubranie?
Tymczasem wilki znikły już za następnym grzbietem, więc chwyciłem lornetkę i
popędziłem za nimi.
Kraj był tu plątaniną niskich grzbietów, poprzedzielanych małymi dolinkami,
jakby wyściełanymi dywanem trawiastych mokradeł, gdzie pasąc się, nieduże grupki
karibu z wolna posuwały się na południe. Dla mnie to był idealny teren, bo mogłem z
grzbietów obserwować, jak wilki kolejno przekraczają te dolinki. Kiedy mi znikły z
oczu za następnym grzbietem, wystarczyło pobiec za nimi, bez obawy, że mnie
zobaczą, do następnego podwyższenia, z którego znów było widać, jak przechodzą w
poprzek następną dolinę.
Spocony z podniecenia i wysiłku wspiąłem się na pierwszy grzbiet od północy,
spodziewając się ujrzeć jakiś gorączkowy zamęt, kiedy trzy wilki nagle skoczą między
nie spodziewające się niczego karibu. Tymczasem ku mej konsternacji stwierdziłem,
że oglądam scenę wprost sielankową. W polu widzenia znajdowało się może z
pięćdziesiąt byków, porozrzucanych grupkami od trzech do dziesięciu, a wszystkie
niezmącenie pasące się. Wilki szły sobie z wolna po dolinie, jak gdyby jelenie
obchodziły je tyle, co kamienie. Karibu zaś wyglądały na nieświadome jakiegokolwiek

111
zagrożenia. Trójka znajomych psów, przemierzająca na farmie pastwisko, zrobiłaby
akurat takie wrażenie na swojskim bydle, jak tutaj wilki na karibu.
Nic się nie zgadzało w tej scenie. Oto gromada wilków otoczona mnóstwem jeleni; i
jakkolwiek oba gatunki najwyraźniej są w pełni świadome wzajemnie swej obecności,
nie podnieca to żadnego z nich, a nawet jakby je niezbyt interesowało.
Z niedowierzaniem patrzyłem, jak trzy wilki przechodzą o pięćdziesiąt metrów
od dwóch młodych jeleni, które leżały przeżuwając. Zwróciły ku nim głowy,
obserwując ich przejście, ale nie wstały i nie przestały ruszać szczękami. Ich
lekceważenie dla wilków było aż monumentalne.
Dwa wilki przeszły między dwiema grupkami pasących się karibu, ignorując je
i nawzajem zignorowane. Osłupienie me wzrosło, kiedy wilki wbiegły na zbocze i
znikły za grzbietem, a ja poskoczyłem za nimi — i na to oba jelenie, przed chwilą tak
apatyczne w obecności wilków, zerwały się i wbiły we mnie obłędny ze zdumienia
wzrok. A gdy koło nich przebiegłem, aż chrapnęły z niedowierzania i zawróciwszy na
pięcie pognały precz, jakby je gonił sam diabeł. Wydało mi się to wysoce
niesprawiedliwe, że je tak przeraził mój widok, podczas gdy tak zblazowane były w
obliczu wilków. Pocieszyłem się jednak myślą. że ich panika mogła być skutkiem
nieobycia z widokiem białego człowieka, z lekka zaróżowionego, który — odziany
tylko w buty i lornetkę — pędzi jak szalony przez krajobraz.
Za następnym grzbietem omal nie wpadłem pomiędzy wilki. Zrobiły sobie tam
u szczytu pochyłości chwilę przerwy na życie towarzyskie, z wielkim obwąchiwaniem
nosów i wymachiwaniem ogonami. Przypadłem za grupką głazów i czekałem.
Wkrótce biały wilk ruszył dalej, a inne za nim. Nie śpieszyły się i wiele było
indywidualnego meandrowania na boki, gdy schodziły po zboczach na dno doliny,
gdzie pasły się cale dziesiątki karibu. Nieraz któryś z wilków przystawał, żeby
obwąchać kępę mchu, albo zbaczał z drogi, żeby zbadać coś na własną rękę. Gdy się
znalazły w dolinie, szły równą tyralierą w odstępach może trzydziestu metrów i w
takim szyku, zawróciwszy, ruszyły truchtem wzdłuż doliny.
Wyraźna reakcja była widoczna tylko u tych jeleni, które znalazły się wprost na
ich drodze. Gdy wilk zbliżył się na odległość mniej więcej pięćdziesięciu metrów,
jeleń wydawał chrapnięcie, stawał dęba i rzucał się w bok. Uskoczywszy galopem o

112
kilka metrów z drogi, niekiedy znów się odwracał i z łagodnym zaciekawieniem
patrzył, jak wilk mija go, większość jednak zaczynała się znów paść, już nawet nie
spojrzawszy na wilka.
W ciągu godziny wilki i ja przebyliśmy sześć lub siedem kilometrów i
minęliśmy z bliska może ze czterysta sztuk karibu. W każdym wypadku reakcja jeleni
była taka sama: żadnego zainteresowania, dopóki wilki znajdowały się w jakiej takiej
odległości; przelotne zwrócenie uwagi, jeśli znalazły się bardzo blisko; i taktyka uniku
tylko wówczas, gdy już dochodziło niemalże do zderzenia. Żadnej tam paniki czy
masowej ucieczki.
Aż dotąd większość napotkanych jeleni to były byki; ale wreszcie zaczęliśmy
spotykać trochę łań oraz cieląt i zachowanie się wilków uległo zmianie.
Jeden z nich wypłoszył samotnego cielaka z ukrycia w kępie wierzbiny.
Zwierzak wyskoczył na otwarte pole może z pięć metrów przed wilkiem, który na
moment przystanął i spojrzał na niego, a potem ruszył w pościg. Serce mi się zatłukło
w podnieceniu, gdy pomyślałem, że wreszcie ujrzę, jak się zabija.
Nic z tego. Wilk biegł ostro pięćdziesiąt metrów, nie skracając wyraźnie
dystansu, a potem nagle zaprzestał pogoni i truchtem wrócił do swoich.
Nie wierzyłem wprost własnym oczom. Ten cielak powinien być skazany na
śmierć i tak by się niewątpliwie stało, jeśliby wilcza reputacja była choć w jednej
dziesiątej zasłużona. Ale w ciągu następnej godziny wszystkie trzy wilki wykonały w
sumie co najmniej tuzin indywidualnych wypadów za pojedynczymi jelonkami, za
łanią z cielęciem lub za gromadkami łań i cieląt; i każdy taki pościg był przerwany,
zanim się na dobre rozpoczął.
Ogarnęła mnie rozpacz. Nie po to przebiegłem ponad dwadzieścia kilometrów
po bezdrożach i wyprułem się z sil, żeby patrzeć, jak wilcza gromadka się wygłupia.
Gdy wilki opuściły następną dolinę i powędrowały znów na przeciwległy
grzbiet, pognałem za nimi jak wściekły, a robiło mi się już czerwono przed oczyma.
Sam nie wiem, co chciałem zrobić — może osobiście pognać i zagryźć jakiegoś
jelonka, żeby pokazać tym niemrawym bestiom, jak to się robi. Tak czy owak
wypadłem zza grzbietu w sam środek wilczej gromadki.

113
Przystanęły chyba, żeby odetchnąć, a ja buchnąłem między nie jak bomba.
Grupa eksplodowała. Wilki rozprysnęły się na wszystkie strony z maksymalną
szybkością — kładąc po sobie uszy, z ogonem wyciągniętym w tył. Uciekały w
popłochu, a gdy tak rwały skroś rozproszonych stad karibu, jelenie wreszcie też
zareagowały i lawina galopujących w panice zwierząt, którą spodziewałem się tego
dnia ujrzeć, stała się poniekąd rzeczywistością. Tylko że — co stwierdziłem zgoryczą
— nie wilki to spowodowały, lecz ja.
Dałem więc sobie spokój i zawróciłem do domu. O kilka kilometrów od obozu
ujrzałem, że biegną ku mnie jacyś ludzie, i rozpoznałem w nich ową Eskimoskę i jej
trzech wyrostków. Zdawali się czymś strasznie poruszeni. Wszyscy wrzeszczeli, a
kobieta wymachiwała półmetrową maczetą do rąbania śniegu, zaś trójka jej potomków
wywijała oszczepami na jelenie i nożami do obłupiania skór.
Stanąłem w niepewności. Dopiero teraz ogarnęło mnie zakłopotanie, gdy
uświadomiłem sobie swój stan. Byłem nie tylko bez broni, ale i kompletnie nagi. Nie
była to odpowiednia kondycja do odpierania zbrojnej napaści — a wyglądało na to. że
mnie atakują, choć pojęcia nie miałem, co wprawiło Eskimosów w takie szaleństwo.
Jednak rozwaga to lepsza część męstwa, wobec czego wytężyłem swe zmordowane
mięśnie i pognałem jak na finiszu, aby wyminąć Eskimosów. Udało mi się to. ale i oni
też byli twardzi, tak że pościg trwał prawie przez całą drogę do obozu, gdzie
gorączkowo naciągnąłem spodnie, złapałem strzelbę i już byłem gotów drogo sprzedać
swe życie. Na szczęście Utek z mężczyznami wrócili do obozu akurat w momencie,
gdy kobieta i jej furiacki oddział dopadli mnie — dzięki temu uniknęliśmy bitwy.
Później, gdy się wszystko trochę uspokoiło, Utek wyjaśnij mi sytuację. Jedno z
dzieci wybrało się na jagody i tam zobaczyło mnie, jak nagi galopuję po wzgórzach za
wilkami. Wybałuszone ze zdumienia pobiegło do obozu, żeby opowiedzieć matce o
tym zjawisku. Ona, dzielna kobieta, doszła do wniosku, że oszalałem (w opinii
Eskimosów żadnemu z białych nigdy do tego nie daleko) i że usiłuję rzucić się na
stado wilków z gołymi rękami i innymi częściami ciała takoż. Skrzyknęła więc resztę
swego szczepu i chwyciwszy, jaka tylko broń była pod ręką, pobiegła mi czym prędzej
na pomoc.

114
Przez resztę naszego pobytu ta zacna niewiasta odnosiła się do mnie z tak
ostrożną mieszaniną troski i nieufności, że niezmierną ulgę poczułem, kiedyśmy się
wreszcie pożegnali. Niezbyt mnie też ubawił komentarz, jaki Utek wygłosił, kiedy
unoszeni rzeką straciliśmy z oczu obozowisko:
— Wielka szkoda — rzeki z powagą — że ty zdjąć spodnie. Ja myśli ona
bardziej lubi ty w spodniach.

115
Robak w pączku

Wypytałem Uteka o nie dające się na pozór wytłumaczyć zachowanie wilczej


gromadki, jakie zaobserwowałem z eskimoskiego obozu, a on jeszcze raz, na swój
cierpliwy i wyrozumiały sposób, wziął się do prostowania moich poglądów.
Przede wszystkim powiedział mi, że dorosłe i zdrowe karibu łatwo prześcignie
wilka, a nawet i trzytygodniowe cielę przegania wszystkie wilki z wyjątkiem
najszybszych. Karibu doskonale o tym wiedzą, toteż świadome są, że w zwykłych
okolicznościach raczej nic im ze strony wilków nie grozi. Wilki też są tego świadome i
jako zwierzęta wysoce inteligentne z reguły nawet nie próbują dogonić zdrowego
karibu, dobrze wiedząc, że byłby to wysiłek strwoniony i bez sensu.
Wilki stosują natomiast, jak twierdził Utek, inną technikę, polegającą na
systematycznym sprawdzaniu zdrowia i kondycji poszczególnych jeleni, aby wykryć
tego, co jest nie w formie. Jeśli karibu występują w obfitości, sprawdza się je,
napadając na stada i goniąc je tyle, ile potrzeba, żeby wykryć obecność lub
nieobecność osobnika chorego, rannego czy z innych przyczyn niepełnosprawnego.
Jeśli się taki ujawni, wilki osaczają go i próbują zabić. Jeśli w stadzie nie ma takiego
zwierzęcia, wilki niebawem rezygnują z pogoni i oddalają się, aby wypróbować
następne stado.
W razie trudności ze znalezieniem karibu stosuje się inne techniki. Czasem
kilka współpracujących ze sobą wilków zapędza małe stadko jeleni w zasadzkę, gdzie
czekają na nie inne wilki; albo jeśli o karibu już bardzo trudno, wilki potrafią się
posłużyć systemem przekaźnikowym: jeden z nich nagania karibu w stronę drugiego
wilka, czekającego w pewnej odległości, który wówczas podejmuje ten pościg. Takie
techniki oczywiście zmniejszają naturalną przewagę po stronie karibu, ale i wtedy
ofiarą wilków pada zwykle najsłabszy z jeleni, a w każdym razie ten o najmniejszej
sprawności.
— Tak jak ci mówiłem — rzekł Utek — karibu żywi swym ciałem wilka, a
wilk utrzymuje karibu w sile i zdrowiu. Wiadomo, że gdyby nie wilk, to wkrótce nie
byłoby wcale karibu, bo wymarłyby od szerzącej się słabości.

116
Utek podkreślił też, że po ubiciu zdobyczy wilki przestają polować aż do czasu,
kiedy cały zapas żywności się skończy i głód zapędzi je znów do roboty.
Były to nowatorskie koncepcje dla kogoś, komu wpojono wiarę nie tylko w to,
że wilki mogą prawie każdego dogonić, ale i w to, że powodowane nienasyconą żądzą
krwi wymordowałyby wszystko, cokolwiek się im nawinie.
Z polowań, jakie później zdarzyło mi się obserwować, prawie wszystkie
odbywały się wedle schematu pierwszego, z jakim się wtedy zetknąłem. Łowcy, w
liczbie od jednego do ośmiorga, ukazywali się biegnąc wolnym truchcikiem między
rozproszonymi grupkami jeleni, prawie z reguły nie przejmujących się obecnością
swoich „śmiertelnych wrogów”. Od czasu do czasu któryś wilk, a czasem dwa albo
trzy, odbijały w bok od głównego kierunku i robiły krótki wypad w stronę będącego w
pobliżu jelenia, który czekał, aż napastnicy znajdą się w odległości może stu metrów,
zanim podniósł głowę i raczył trochę odgalopować. Wilki zatrzymywały się i patrzyły
za uciekającym. Jeżeli nieźle biegł i był widocznie w dobrej formie, to wilki
zawracały.
Próby te nie były przypadkowe i zacząłem w nich dostrzegać pewien
wyłaniający się schemat selekcji. Bardzo rzadko się zdarzało, aby wilki niepokoiły
grupę doborowych byków, będących wtedy w szczytowej formie, bo przez całe lato
nic tylko żarły i spały. Nie żeby te jelenie były groźnymi przeciwnikami (bo ich
rozłożyste rogi jako broń są bezużyteczne), ale po prostu dlatego, że wilki nie miałyby
szansy ich dogonić i wiedziały o tym.
Znacznie bardziej interesowały je mieszane grupy łań z cielętami, bo procent
zwierząt poszkodowanych, upośledzonych lub słabszych jest oczywiście dużo wyższy
wśród cieląt, które nie przeszły jeszcze przez dłuższy okres surowej naturalnej
selekcji.
Ulubionym obiektem do sprawdzania były też grupy łań starych i bezpłodnych.
Nieraz któreś z tych wiekowych i osłabionych zwierząt kryło się wśród stada
osobników silnych i doborowych; ale wilki, z pewnością znające się na karibu niemal
tak dobrze jak na własnym gatunku, bezbłędnie wykrywały to zwierzę i poddawały
próbie całą gromadę, dla mnie wyglądającą jak stado zwierząt beznadziejnie zdrowych
i rączych.

117
Cielęta bywały często sprawdzane dużo ostrzej niż osobniki dorosłe i zdarzało
się, że wilk ścigał jelonka kilkaset metrów; ale jeśli na tym dystansie młode zwierzę
nie wykazało objawów słabości lub zmęczenia, pościg się zwykle kończył.
Oszczędzanie wysiłku zdawało się być przewodnią zasadą wilków, zresztą
bardzo rozsądną, gdyż procedurę sprawdzania trzeba było nieraz powtarzać przez
wiele godzin, zanim wilki wreszcie trafiły na karibu dość słabe, aby je upolować.
Gdy z prób wyłonił się w końcu taki egzemplarz, polowanie przybierało nowy
obrót. Atakujący wilk szafował wówczas energią, której tak oszczędzał w toku długich
poszukiwań, i rzucał się na swój łup we wspaniałym zrywie szybkości i siły, po
którym — jeśli mu się udało — znajdował się tuż za uciekającym jeleniem. Ogarnięty
wreszcie paniką jeleń zaczynał wtedy biec szalonym zygzakiem — głupio, jak mi się
wydawało, bo dzięki temu wilk mógł zastosować skróty i tym prędzej go dopaść.
Wbrew kolejnemu pewnikowi z mitu o wilkach nigdy nie widziałem, aby wilk
próbował jeleniowi poderżnąć w nogach ścięgna. Zbierając wszystkie swe siły wilk
dążył do takiego zrównania się z karibu, aby mu skoczyć na bark. Uderzenie to
wystarczało zwykle, żeby wytrącić jelenia z równowagi i zanim ją odzyskał, wilk
chwytał go za kark i powalał, starannie unikając dziko młócących kopyt, z których
każde mogłoby się jednym ciosem wbić wilkowi w potrzaskane żebra jak w kruchy
cukierek.
Zabijał prędko i na ogól czysto, tak iż bardzo wątpię, czy jeleń cierpiał więcej
niż cierpi wieprz, zabijany w rzeźni na spożycie przez ludzi.
Wilk nigdy nie zabija dla przyjemności, co zdaje się być jedną z głównych cech
różniących go od człowieka. Dla wilka dogonić i zabić dużą zwierzynę łowną to ciężki
wysiłek. Może polować całą noc i przebiec ze sto kilometrów, zanim mu się uda —
jeżeli w ogóle mu się uda. To jego zajęcie, jego robota, i kiedy już zdobył dość mięsa
na potrzeby własne i swojej rodziny, to woli zużyć resztę czasu na odpoczynek, życie
towarzyskie albo też na zabawę.
Wbrew jeszcze innemu nieporozumieniu nie spotkałem wiarygodnego dowodu,
aby wilki zabijały więcej, niż im potrzeba, nawet jeśli się wyjątkowo nastręczy taka
okazja. Zdobycz ubitą podczas wychowywania szczeniąt w norze odwiedza się raz po
raz, aż odarty z niej zostanie ostatni strzępek mięsa. Częstokroć — jeśli jest wiele

118
kruków, mew, lisów i innych padlinożerców — wilk rozdziera tuszę i zakopuje po
kawałku w znacznych odległościach od miejsca uboju, aby ją zachować na własny
użytek. W późniejszym sezonie, gdy połączona rodzina już swobodnie wędruje po
swym terytorium, cała gromadka biwakuje przy każdej zdobyczy aż do jej całkowitego
spożycia.
Z sześćdziesięciu siedmiu karibu zabitych przez wilki, jakie zbadałem, gdy
wilki już się z nimi uporały, w nielicznych tylko pozostało cokolwiek prócz kości,
wiązadeł, sierści i wnętrzności. Przeważnie nawet i podłużne kości były rozłupane dla
wydobycia szpiku; a w niektórych przypadkach rozgryziona była i czaszka; ciężki trud
nawet i dla wilka.
I to jeszcze ciekawe, że w tych skromnych resztkach, co pozostały, znajdowało
się zwykle świadectwo chorób albo poważnego upośledzenia. Nagminne były
zniekształcenia kości, szczególnie związane z martwicą czaszki; a starte zęby w wielu
czaszkach świadczyły, iż należały one do zwierząt starych i osłabionych. Niełatwo
było o świeżą zdobycz, pozwalającą zbadać cały zewłok; ale w niektórych wypadkach
udawało mi się dopaść jelenia prawie natychmiast po tym, jak wilki go zabiły, i z
niewybaczalnym nachalstwem odpędzić je. Odchodziły dość ustępliwie, choć bardzo
niezadowolone. Kilka z tych jeleni było do tego stopnia zainfekowanych pasożytami
na zewnątrz i od wewnątrz, że były to już wprost chodzące menażerie, które tak czy
owak musiałyby niezadługo zdechnąć.

W miarę jak tygodnie upływały ku schyłkowi lata, stawało się coraz bardziej
oczywiste, że pogląd Uteka jest całkowicie słuszny. Podstawowe znaczenie wilka
raczej dla utrzymania przy życiu karibu, niż dla jego niszczenia, wydało mi się
niezaprzeczalne, choć bynajmniej nie byłem pewien, czy moi pracodawcy ujrzą je w
tym samym świetle. Potrzebowałem nieodpartego dowodu, aby ich przekonać, i to w
miarę możności dowodu o charakterze niezbicie materialnym.
Mając to na uwadze zacząłem gromadzić kolekcje pasożytów, jakie
znajdowałem w karibu zabitych przez wilki. Jak zwykle, Utek żywo się zainteresował
tym nowym aspektem moich prac; ale ciekawość ta miała się okazać krótkotrwała.

119
Na całej przestrzeni dziejów jego lud żywił się głównie mięsem karibu, często
surowym lub nie dogotowanym, w związku z brakiem opału. Również i sam Utek
wychował się na mięsie karibu, uprzednio pożutym dla niego przez matkę, i stanowiło
ono jego podstawowy pokarm od czasu, gdy przyszło mu się wyrzec matczynego
mleka. Traktował więc to mięso jako coś oczywistego i nigdy mu nie przyszło do
głowy, żeby spojrzeć na chleb swój powszedni okiem naukowca. Kiedy zobaczył, jak
ja wydobywam z rozmaitych części jeleniej anatomii dziesiątki rodzajów i tysiące
sztuk najróżniejszych robaków oraz ich cyst, zaskoczenie jego było ogromne.
Pewnego ranka przyglądał się posępnie zafascynowany, jak robię sekcję
szczególnie obfitującego w pasożyty, starego byka. Zawsze starałem się mu wyjaśniać,
co czynię, żeby rozumiał sens mych badań; więc doszedłem do wniosku, że to równie
dobry moment jak każdy inny, aby go wprowadzić w zagadnienie pasożytnictwa.
Wydobywając z jeleniej wątroby pęcherzowatą cystę wielkości piłki golfowej,
wyjaśniłem, że jest to otorbiona forma tasiemca i że gdyby ją spożył jakiś mięsożerca,
rozwinie się z niej kilka pierścieniowato rozczłonkowanych istot, każda po jakieś
dziesięć metrów długości, przytulnie zwiniętych we wnętrznościach swego nowego
żywiciela.
Utek stał się nieco mdły z wyglądu.
— Znaczy jeżeli wilk to zje? — spytał z nadzieją.
— Nok — odrzekłem, posługując się moim rosnącym zasobem słów
eskimoskich. — Lis czy wilk, nawet i człowiek się nada. W każdym z nich urośnie,
tylko w człowieku może trochę gorzej.
Utek wzdrygnął się i zaczął drapać po brzuchu, jakby go w tej okolicy zaczęło
swędzić.
— Dobrze, że nie lubię wątroby — rzekł z ulgą, w porę sobie o tym
przypomniawszy.
— Och, te robaki znajdują się w całym karibu — wyjaśniłem z entuzjazmem
właściwym ekspertowi, który oświeca laika. — Spójrz na ten udziec. Widzisz w
mięsie te ziarenka? Biali mówią na takie mięso, że jest „wągrowate”. To są otorbione
formy innego robaka. Nie jestem pewien, czy rozwinęłyby się w człowieku. Ale te —
tutaj wyciągnąłem zręcznie z rozciętych płuc kilka nitkowatych obleńców, każdy tak

120
ze 30 centymetrów długości — te występują też u ludzi; a nawet w większej ilości
mogą człowieka prawie z miejsca na śmierć udusić.
Utek zakaszlał się konwulsyjnie i jego ciemna jak mahoń twarz znów
poszarzała.
— Już dość — rzekł błagalnie, kiedy odzyskał oddech. — Więcej mi nie mów.
Ja teraz będę iść do obozu, tam będę mocno myśleć o wielu rzeczach, zapominać, co
ty mi powiedziałeś. Ty dla mnie niedobry. Bo jeżeli to prawda, wtedy na pewno ja
muszę jeść ryby jak wydra albo umrzeć z głodu. Ale może to być tylko żart białego
człowieka?
W jego pytaniu brzmiała tak wzruszająca nuta nadziei, że ocknąłem się z
profesorskiego transu i uświadomiłem sobie poniewczasie, co ja temu człowiekowi
robię.
Zaśmiałem się nieco sztucznie.
— Ima, Utek! Ja z ciebie żartowałem. To tylko żart. Teraz idź do obozu i usmaż
nam na kolację duże befsztyki. Tylko — i tu wbrew samemu sobie nie zdołałem się
powstrzymać od zaklinającego tonu — żebyś je cholernie dobrze wysmażył!

121
Zajęcia szkolne

W połowie września tundra rozjarzyła się posępnie stłumionym żarem w


barwach rdzy i ugru, gdzie wczesne przymrozki dotknęły poszycia niskich krzaków.
Torfowe pastwiska wokół Zatoki Wilczego Domu byty pocięte świeżymi szlakami,
wydeptanymi przez ciągnące na południe stada karibu, a sposób życia wilków znowu
się zmienił.
Wilczęta opuściły swe letnie legowisko i chociaż nie mogły dotrzymać kroku
Angelinie i dwu samcom na dłuższych wyprawach, mogły jednak i uczestniczyły w
krótszych wypadach. Zaczęły poznawać swój świat i te jesienne miesiące należały
chyba do najszczęśliwszych w ich życiu.
Kiedy Utek i ja wróciliśmy do Zatoki Wilczego Domu z podróży po
centralnych równinach, stwierdziliśmy, że nasza wilcza rodzina wędruje szeroko i
daleko po swych terytoriach i spędza dni tam, gdziekolwiek ją zastało polowanie.
W granicach moich fizycznych możliwości i ludzkich potrzeb starałem się
dzielić z nimi to wędrowne życie: i ja też rozkoszowałem się nim bezgranicznie.
Owady już całkiem znikły. Chociaż nocami zdarzały się przymrozki, dni były
zazwyczaj ciepłe i całe w słońcu.

W taki ciepły i słoneczny dzień ruszyłem na północ od wilczego eskeru, po


grzbietach łańcucha wzgórz piętrzących się nad wielką doliną, zasobną w paszę i
tłumnie używaną przez karibu w charakterze gościńca na południe.
Czarne plamki wisiały jak odrobinki sadzy w bladym niebie ponad doliną: stada
kruków ciągnących za jeleniami. Rodziny pardw kwoktały na mnie z kęp karłowatej
krzewiny. W tundrowych sadzawkach kręciły się stada kaczek lodówek, prawie
gotowych do odlotu w dalekie kraje.
Przez dolinę pode mną toczył się ospały strumień karibu, pasąc się, stado za
stadem, na południe, nieświadomie, ale prosto gnane przez wiedzę, która już była
stara, kiedy myśmy w ogóle nie wiedzieli, co to jest wiedza.

122
O kilka mil od wilczego eskeru znalazłem niszę na szczycie wysokiej skaty,
górującej nad doliną, i usadowiłem się w niej wygodnie, plecami wsparty o kamień
szorstki lecz nagrzany od słońca, z kolanami pod brodą i lornetką zwróconą w
kierunku płynącej pode mną żywej rzeki.
Spodziewałem się, że zobaczę wilki, i nie zawiodłem się. Przed samym
południem dwa z nich ukazały się na poprzecznym wzgórzu bardziej na północ. Po
chwili zjawiły się jeszcze dwa dorosłe wilki i czworo wilcząt. Nastąpiło trochę
merdania, wiele obwąchiwania nosów i machania ogonami, po czym większość
wilków ułożyła się na spoczynek, a reszta usiadła spoglądając od niechcenia na karibu
płynące po obu stronach w odległości najwyżej stu metrów.
Bez trudu rozpoznałem Angelinę i George’a. Z dwóch innych dorosłych jeden
wyglądał mi na wujka Alberta, natomiast czwarty, wysmukły zwierz barwy
ciemnoszarej, był mi kompletnie obcy. Nigdy się nie dowiedziałem, kim jest i skąd się
wziął, ale pozostawał już członkiem grupy aż do końca mego pobytu.
Ze wszystkich wilków, a nawet ze wszystkich zwierząt w polu widzenia,
wliczając w to karibu i mnie, tylko George jak gdyby miał chęć coś zdziałać. Kiedy
my wszyscy wylegiwaliśmy się rozkosznie w słońcu albo paśliśmy się sennie wśród
porostów, George zaczął niespokojnie chodzić tam i z powrotem wzdłuż krawędzi
wzgórza. Parę razy przystanął przed Angeliną, ale ona nie zwracała na niego uwagi
poza tym, że leniwie uderzyła kilka razy ogonem.
Przyglądałem się sennie, jak jedna z łań zaczęła się wspinać po zboczu, gdzie
leżały wilki. Znalazła widać obfite pasmo porostów i choć nie mogła wilków nie
zauważyć, pasła się nadal w ich kierunku, aż odległość pomiędzy nią a jednym z
wilcząt zmalała do niecałych dwudziestu metrów. Szczenię przyglądało się jej bacznie,
aż wreszcie, ku mojej uciesze, wstało i zerknąwszy niepewnie przez ramię, co porabia
reszta rodziny, odwróciło się i umknęło chyłkiem pod ich opiekę, tak że i ogona nie
omieszkało podkulić.
Nawet i niespożyty George, który teraz podszedł z wolna ku łani, smakując
wyciągniętym nosem jej zapach, jakby nie zakłócał jej spokoju, aż w końcu ten wielki
basior, może czując się urażony jej obojętnością, wykonał szybki zwód w jej stronę.

123
Dopiero wtedy poderwała do góry łeb, obróciła się na niezgrabnych nogach i
pogalopyszniła w dół ze zbocza, wyraźnie bardziej dotknięta niż przestraszona.
Czas upływał, rzeka jeleni płynęła i nie spodziewałem się już zobaczyć nic
bardziej ekscytującego niż ten krótki incydent z łanią i wilkami, przypuszczając, że
wilki już się najadły i że to ich zwyczajna sjesta poobiednia. Omyliłem się, bo George
miał coś na myśli.
Trzeci raz podszedł do Angeliny, teraz wyciągniętej na boku, i tym razem już
nie dał się zbyć. Nie wiem, co jej powiedział, ale widocznie coś przekonującego, bo
wreszcie pozbierała się i wstała, otrząsnęła się i z wdziękiem poskakała za nim, kiedy
poszedł obwąchać rozespanych Alberta i Przybysza. Do nich też dotarło i powstawali.
Wilczęta, zawsze ochocze do udziału w czymś nowym, zerwały się i przycwałowały
do starszych. Stojąc mniej więcej w krąg, cała grupa wilków uniosła teraz pyski i
zaczęła wyć, dokładnie tak samo, jak to robiły na eskerze przed wyruszeniem na łowy.
Zdziwiło mnie, że szykują się do polowania o tak wczesnej porze, ale jeszcze
bardziej zdumiał mnie brak jakiejkolwiek reakcji na wilczy chór ze strony karibu.
Mało który jeleń w zasięgu ich głosu chociażby uniósł głowę, a nieliczne, które to
uczyniły, poprzestały na krótkim, obojętnym zerknięciu w stronę wzgórza, po czym
znów zabrały się najspokojniej do paszy. Nie miałem czasu zastanawiać się nad tym,
bo Angelina, Albert i Przybysz zaraz wyruszyli, zostawiając wilczęta smętnie siedzące
w szeregu na grzbiecie wzgórza z George’m, który stał tuż przed nimi. Gdy jedno z
młodych spróbowało udać się za trójką dorosłych, George tylko się obrócił ku niemu i
szczeniak pośpiesznie wrócił na swoje miejsce.
Ta odrobina wiatru, jaka była, szła z południa i trzy wilki oddaliły się zwartą
grupką pod wiatr. Gdy znalazły się na równej tundrze, ruszyły truchta, jeden za
drugim, bez pośpiechu i na pełnym luzie biegnąc przez gromady karibu. Jak zwykle,
jelenie się tym nie przejmowały i w ogóle nie uciekały, chyba że wilki biegły wprost
na któregoś z nich.
Trzy wilki też nie zwracały uwagi na karibu, chociaż minęły wiele stadek z
cielętami. Nie dokonały próbnego wypadu na żadne z nich, tylko zmierzały
konsekwentnie do swego celu, aż znalazły się prawie na równi z moim stanowiskiem.
Tu Angelina zatrzymała się i usiadła, a dwaj towarzysze podeszli do niej. Znów

124
obwąchiwano sobie nosy, po czym Angelina wstała i zwróciła się w stronę wzgórza,
gdzie siedzieli jeszcze George z wilczętami.
Między dwiema grupami wilków znajdowało się co najmniej dwieście sztuk
karibu i przybywało ich coraz więcej, wyłaniając się zza wschodniego krańca
poprzecznego wzgórza. Angelina jakby ogarnęła je wszystkie spojrzeniem, po czym
ona i jej towarzysze ruszyli z miejsca. Rozciągnąwszy się w tyralierę, w odstępach
paruset metrów od wilka do wilka, tak że zajmowały teraz prawie całą szerokość
doliny, pobiegły na północ.
Nie biegły zbyt szybko, ale ruchy ich zrobiły się celowe w sposób, który dla
jeleni stał się jakby znaczący; a może po prostu szyk, w jakim się posuwały, utrudniał
teraz unikanie ich, jak zwykle, przez odbiegnięcie w bok. Tak czy owak, jedno stadko
po drugim jęło zawracać i zdążać na północ, aż w końcu prawie wszystkie znajdujące
się w dolinie karibu szły gnane w stronę, z której przyszły.
Jeleniom najwyraźniej to nie odpowiadało i niektóre ze stad jawnie starały się
sforsować tę linię; ale za każdym razem dwa najbliższe wilki ruszały zbieżnie w stronę
krnąbrnych karibu i zaganiały je dalej na północ. Jednak trzy wilki nie mogły
zapanować nad całą szerokością doliny; jelenie się niebawem połapały, że mogą
okrążać nie obstawione skrzydła i tamtędy przemykać się znowu na południe. Mimo
to, zbliżając się do poprzecznego wzgórza, wilki pędziły już przed sobą co najmniej
setkę jeleni.
Dopiero teraz jelenie zaczęły się po raz pierwszy zachowywać naprawdę
nerwowo. To, co stało się w tym czasie niemalże zbitą masą co najmniej stu zwierząt,
rozpadło się z powrotem na części składowe i każde stadko cwałowało we własnym
kierunku. Jedna grupa po drugiej zaczęły odbiegać na boki, ale wilki już nie
próbowały ich zatrzymywać. Gdy teraz wilki przebiegały galopem koło takich
niedużych stadek, jelenie zatrzymywały się i odwracały na chwilę, patrząc za nimi, po
czym znów podejmowały swą przerwaną wędrówkę na południe.
Zaczęło mi świtać, co wilki mają na celu. Teraz już koncentrowały swe wysiłki
na jednej grupie, złożonej z tuzina łań i siedmiorga cieląt, i każde usiłowanie tego
stadka, żeby uskoczyć w lewo albo w prawo, było z miejsca udaremniane. Niebawem

125
jelenie zrezygnowały z tych prób i zdecydowały się ujść swym prześladowcom
biegnąc przed siebie.
I zrobiłyby to, ale gdy przelatywały koło kępy wierzb na krańcu wzgórza, z
boku jakby chlusnęła na nie istna powódź wilków.
Z powodu odległości nie byłem w stanie śledzić, co się dzieje, tak jak bym
chciał, ale zobaczyłem, że George pędzi w kierunku łani z dwoma jelonkami, a potem,
ledwie ich dopadł, skręca i uskakuje. Dwa wilczęta przemknęły obok niego jak szare
pociski. Ta dwójka rzuciła się na bliższe z dwóch cieląt, które zaczęło od razu kluczyć.
Jedno ze szczeniąt, usiłując wziąć zbyt ostry zakręt, potknęło się i przekoziołkowało
na łeb i szyję, ale zerwało się natychmiast i pognało dalej.
Pozostałe wilczęta jak gdyby przemieszały się z resztą jeleni i nie mogłem
dojrzeć. co tam robią; ale gdy stadko uszło w pełnym galopie, szczenięta ukazały się
na jego tyłach, gnając ze wszystkich sił, lecz nie nadążając.
Teraz i odosobniony jelonek zaczął już przeganiać swych prześladowców.
Wszystkie cztery wilczęta pędziły nadal wyciągnięte, jak tylko mogły, choć już nie
miały szansy dogonić któregokolwiek z jeleni.
A co robią tymczasem dorosłe wilki? Skierowałem na nie szkła i zobaczyłem,
że George stoi dokładnie w miejscu, gdzie widziałem go po raz ostatni, i z wolna
poruszając ogonem przygląda się pościgowi. Pozostałe trzy wilki zdążyły już wrócić
na grzbiet wzgórza. Albert i Przybysz położyli się odpocząć po krótkotrwałym
wysiłku, natomiast Angelina stała i przyglądała się szybko znikającym karibu.
Pół godziny upłynęło, zanim szczenięta wróciły. Były tak zmordowane, że
ledwo zdolne wdrapać się na wzgórze do starszych, którzy wszyscy już leżeli
wypoczywając. Szczenięta przyłączyły się do grupy i padły, ciężko dysząc; ale żadne z
dorosłych nie raczyło zwrócić na nie uwagi. Na dzisiaj szkoła się skończyła.

126
Skatologia

Kiedy wrzesień przeszedł w październik, a białe noce zaczęły ścinać torfowiska


i pokrywać jeziora kożuszkiem lodu, najchętniej spędzałbym cały czas w terenie,
wiodąc jak najbardziej wilczy tryb życia. Niestety nie byłem tak wolny jak wilki. W
chacie czekały na mnie olbrzymie zaległości z zakresu naukowych głupstewek.
Wychodząc z założenia (mojego, a nie moich pracodawców), że powinienem spędzać
czas na obserwacji żywych wilków, świadomie zaniedbywałem niezliczone badania
uboczne, jakie mi zleciła Ottawa. Teraz, kiedy już nie pozostało mi wiele czasu,
poczuwałem się do tego, żeby wykonać przynajmniej formalny gest posłuszeństwa
wobec mej zwierzchności.
Jedna z przystawek do programu, jakimi mnie obarczono, miała polegać na
badaniu roślinności. Składało się ono z trzech etapów: najpierw miałem zgromadzić
kolekcję gatunków roślinnych tego obszaru; następnie przebadać „stopień pokrycia” i
określić stosunek ilościowy jednych roślin do drugich; a wreszcie spodziewano się, że
przeprowadzę „analizę zawartości”, aby określić wartość odżywczą tej roślinności z
punktu widzenia karibu.
Trzeba się było w tym celu posługiwać piekielnym wynalazkiem, zwanym koło
Raunkiaera. Miało ono wygląd całkiem niewinny, po prostu duża, metalowa obręcz;
ale w zastosowaniu był to diabelski mechanizm służący do wpędzania normalnych
ludzi w obłęd. Trzeba było stanąć na torfowisku, zamknąć oczy, obrócić się kilka razy
jak bąk i następnie rzucić to koło jak najdalej. Ta skomplikowana procedura miała
gwarantować, że ów rzut będzie naprawdę „przypadkowy”, w rezultacie jednak
kończyło się zawsze na tym, że obręcz znikała mi z oczu i musiałem spędzać
horrendalne ilości czasu na jej szukaniu.
Gdy ją wreszcie znalazłem, rozpoczynało się najgorsze nieszczęście.
Powinienem był wówczas wyrwać każdą roślinkę, choćby najdrobniejszą, jaka się
znalazła w tym zaklętym kole, zidentyfikować i policzyć gatunki, wreszcie zliczyć
sumę pojedynczych roślin w każdym gatunku.

127
Wydaje się to proste? Ale nie jest. Rośliny na Barrenach są w ogóle nieduże, a
wiele z nich ma rozmiary niemal mikroskopijne. Swój pierwszy eksperyment z
obręczą przypłaciłem stratą prawie całego dnia, ciężkim sfatygowaniem oczu i
kurczem w okolicy lędźwiowej. Taki był efekt wielu godzin, które spędziłem w
przykucnięciu, jak zidiociały królik, nad obręczą, wydłubując pincetką roślinki.
Starałem się, żeby w moich Raunkiaerowskich wyprawach Utek raczej mi nie
towarzyszył, gdyż nie czułem się po prostu na siłach wytłumaczyć mu, o co tu chodzi.
Niemniej w trzecim dniu tych męczarni wychynął zza pobliskiego grzbietu i radośnie
zszedł ku mnie. Przywitałem się z nim dość kwaśno, jako że nie płynęło mi wtedy w
żyłach mleko ludzkiej dobroci. Dźwignąwszy się z bólem, podniosłem obręcz i
wykonałem kolejny rzut, a on przyglądał się temu z ciekawością.
Obręcz nie poleciała daleko, bo zmęczony byłem i zniechęcony, i nie miałem
już sił.
— Shwianak! Kiepsko — ocenił lekceważąco Utek.
— Niech to szlag! — zawołałem porywczo. — A ty byś potrafił lepiej?
Chyba mój anioł stróż podszepnął mi to wyzwanie. Utek się uśmiechnął z
wyższością, podbiegł do obręczy, złapał ją, odrzucił ramię w tył jak dyskobol i cisnął.
Koło Raunkiaera zerwało się jak spłoszona kuropatwa, zalśniło oślepiająco w słońcu
osiągnąwszy szczyt swego wzlotu, pożeglowało z wdziękiem nad pobliski staw i
prawie bez pluśnięcia wślizgnąwszy się w wodę, znikło na zawsze.
Utek był zdruzgotany. Twarz mu stężała z poczucia winy i z lęku, kiedy czekał
na wybuch mojego gniewu. Chyba nigdy nie pojął, dlaczego chwyciłem go w objęcia i
wykonałem z nim radośnie kilka kroków indiańskiego tańca, po czym zabrałem go do
chaty i tam podzieliłem się z nim ostatnią, cenną butelką wilczego soku. Z pewnością
jednak ten wypadek potwierdził jego przeświadczenie, że sprawy białych ludzi są
nieprzeniknione.

Gdy przypadek w ten sposób położył kres badaniu roślin, pozostał mi drugi
niemiły obowiązek: dokończenie moich badań skatologicznych.
Ze względu na wagę, jaką w Ottawie przywiązywano do skatologu, nakazano
mi poświęcić część swego czasu na zbieranie i zanalizowanie wilczych odchodów.

128
Praca ta nie zachwycała mnie, jednakże włócząc się po Barrenach rozglądałem się
mimochodem za ekskrementami. Znalezione zbierałem za pomocą długich kleszczy i
umieszczałem w płóciennych woreczkach, z których każdy miał etykietę podającą
przybliżony wiek obiektu oraz gdzie i kiedy go znaleziono. Woreczki te gromadziłem
w chacie pod pryczą, aż z końcem września uzbierała się tak olbrzymia kolekcja, że
już się tam nie mieszcząc, zaczęły się wywalać na podłogę i plątać pod nogami.
Z różnych przyczyn — a nie najmniejszą było wyobrażenie sobie, jaki wyraz
twarzy przybiorą Utek i Mike, kiedy zobaczą, co ja robię — nie chciało mi się
rozpoczynać analizowania moich znalezisk. Zdołałem utrzymać moją zbieracką
działalność w sekrecie i jakkolwiek ciekawi mogli być Mike i Utek, co ja mam w tych
woreczkach, byli jednak zbyt grzeczni (albo zbyt obawiali się, co mogą usłyszeć),
żeby mnie o to spytać. Mimo że obaj nabrali pewnej wyrozumiałości dla dziwactw
związanych z moim zawodem, nie chciałem przeciągać struny i tak odkładałem
analityczną część mej pracy aż do pewnego październikowego poranka, kiedy obaj
wybrali się polować na karibu i zostawili mnie samego w obozowisku. Czując, że
odosobnienie mam względnie zapewnione, postanowiłem odwalić tę niemiłą robotę.
Na skutek zwietrzenia, a potem długotrwałego składowania, odchody
stwardniały na kamień i musiałem je rozmiękczyć, zanim się do nich zabiorę.
Zawiozłem je więc nad rzekę i namoczyłem w dwóch cynkowanych wiadrach,
napełnionych wodą. Kiedy one miękły, ja rozkładałem narzędzia, notatki i resztę
wyposażenia na dużym płaskim głazie, wystawionym na słońce i na stały przewiew. Z
góry przewidywałem, że stojące przede mną zadanie lepiej będzie wykonywać w
miejscu przestronnym.
Następnie ubrałem się w maskę gazową. To wcale nie dowcip! Zaopatrzono
mnie w tę maskę wraz ze skrzynką granatów z gazem łzawiącym, którymi wypędzać
miałem wilki z ich jam, aby można je było zastrzelić dla uzyskania obiektów do sekcji.
Oczywiście nigdy bym nie upadł tak nisko, nawet i wówczas, gdy nie poznałem
jeszcze i nie szanowałem wilków jako przyjaciół. Granaty już dawno wrzuciłem do
pobliskiego jeziora; a maskę zachowałem, gdyż byłem za nią finansowo
odpowiedzialny. Teraz przydała się, bo wilcze odchody zawierają niekiedy jaja
szczególnie wrednego pasożyta, z których, jeśli człowiek je wetchnie, wylęgają się

129
maleńkie robaczki, aby prześwidrować sobie drogę do mózgu i tam się otorbić, często
ze zgubnym wynikiem zarówno dla siebie, jak i dla swego żywiciela.
Upewniwszy się, że pierwsza porcja odchodów przybrała już konsystencję
podatną, założyłem tę maskę, umieściłem jeden z ekskrementów na biało
emaliowanym talerzu, wypożyczonym z chaty, i posługując się kleszczami i skalpelem
przystąpiłem do sekcji.
Identyfikując składniki przez lupę, wpisywałem je do notatnika.
Była to robota żmudna, ale dość interesująca. Niebawem pochłonęła mnie do
tego stopnia, że przestałem zauważać, co dzieje się dookoła.
Toteż gdy w parę godzin później wstałem, żeby rozprostować kości, i
zwróciłem się od niechcenia ku chacie, przeżyłem ogromne zaskoczenie, ujrzawszy
przed sobą półkole składające się z tuzina nie znanych mi Eskimosów, którzy gapili
się na mnie z wyrazem niedowierzania pomieszanego ze wstrętem.
Była to kłopotliwa chwila. W zaskoczeniu zapomniałem o masce gazowej z jej
słoniową trąbą i ogromnymi ślepiami; a gdy chciałem nieznajomych pozdrowić, głos
mój, przepuszczony przez dwa cale węgla i stopę gumowej rury, miał stłumione i
ponure brzmienie wiatru wyjącego w grobowcu, który to efekt wprawił Eskimosów w
osłupienie.
Próbując się w pośpiechu wytłumaczyć, zerwałem z siebie maskę i postąpiłem
żwawo do przodu, na co Eskimosi — z precyzją szeregu chórzystek w komedii
muzycznej — równie żwawo odstąpili do tyłu, wpatrując się we mnie w popłochu.
Rozpaczliwie siląc się okazać swe jak najlepsze intencje, uśmiechnąłem się
najszerzej, jak mogłem, obnażając przez to zęby w czymś, co musiało wyglądać na
grymas iście szatański. Moi goście odpowiedzieli cofnięciem się jeszcze o parę
metrów, a niektórzy z nich trwożnie przenieśli wzrok na błyszczący skalpel, który
ściskałem w prawicy.
Byli najwyraźniej gotowi do ucieczki; uratowałem jednak sytuację, ile się dało,
przypominając sobie odpowiednie słowa innuickie i wyrzucając z siebie mniej więcej
przepisowe powitanie. Po długiej przerwie jeden z nich zaryzykował nieśmiałą
odpowiedź i wreszcie, po trochu, przestali się na mnie wytrzeszczać jak stadko kurcząt
na grzechotnika.

130
Chociaż nadal nie było między nami prawdziwego kontaktu, z wysilonej rozmowy,
jaka nastąpiła, wynikało, że są to ludzie z grupy Uteka, którzy lato spędzili dalej na
wschodzie i dopiero teraz, wróciwszy do rodzinnych obozowisk, dowiedzieli się, że w
chacie Mike’a jest dziwny biały człowiek. Postanowili więc przyjść i obejrzeć to
dziwo na własne oczy; ale nic z tego, o czym ich uprzedzano, nie zdołało ich
przygotować na widok, jaki ujrzeli zaraz po przybyciu. W trakcie rozmowy
spostrzegłem, że kilkoro dzieci i niektórzy z dorosłych spoglądają ukradkiem na
wiadra z odchodami i na emaliowany talerz z resztkami sierści i mysich kostek. U
innych ludów byłaby to zwykła ciekawość. ale ja spędziłem już dość czasu wśród
Eskimosów, żeby pojąć ich bezpośredni sposób myślenia. Wytłumaczyłem sobie ich
zainteresowanie jako subtelne dawanie do zrozumienia, że głodni i spragnieni po
długiej podróży chętnie by dostali herbaty i coś na ząb.
Jako że pod nieobecność Mike’a byłem tu gospodarzem, a gościnność jest na
Północy największą z cnót, zaprosiłem Eskimosów. żeby spożyli ze mną w chacie
wieczorny posiłek. Wyglądało na to, że zrozumieli i przyjęli zaproszenie; pozwalając
mi dokończyć pracy nad kilkoma pozostałymi odchodami, wycofali się na pobliskie
wzgórze, aby tam rozbić swój obóz.

Wyniki analizy okazały się bardzo interesujące. Jakieś 48 procent odchodów


stanowiły szczątki gryzoni, głównie ich wielkie siekacze i sierść. Reszta dającego się
zidentyfikować pokarmu zawierała szczątki kości karibu, ich sierść, kilka piór ptasich
oraz — niespodziewanie — mosiężny guzik, silnie nadżarty od działania soków
trawiennych, ale jeszcze z widocznym wzorem kotwicy z liną, jakiego używa się w
wielu flotach handlowych. Nie mam pojęcia, w jaki sposób ten guzik dostał się aż w
takie miejsce, w każdym razie obecność jego nie dowodzi, jakoby wilk zjadł
pętającego się tu gdzieś marynarza.

W obecności dwóch przyglądających mi się z powagą chłopiąt eskimoskich


wypłukałem wiadra i napełniłem je świeżą wodą, żeby zaparzyć te kilka galonów


Nie istnieje żadna autentyczna relacja o tym, jakoby wilki w północnej Kanadzie kiedykolwiek zabiły ludzką
istotę; choć zdarzały się zapewne wypadki, że pokusa była prawie nie do odparcia.

131
herbaty, które — jak wiedziałem — będą potrzebne. Idąc do chaty zauważyłem, że
chłopcy pędem wspinają się na zbocze pagórka, jakby rozsadzały ich wiadomości,
którymi pilno im się podzielić ze starszymi; i uśmiechnąłem się, widząc ich entuzjazm.
Niedługo trwał mój wesoły nastrój. W trzy godziny później obiad był gotów
(składał się z rybich pulpetów, gotowanych w stylu polinezyjskim, ze słodko-
kwaśnym sosem własnego pomysłu), a gości ani śladu. Zrobiło się już ciemno i
zacząłem się niepokoić, czy co do pory obiadu nie zaszło jakieś nieporozumienie.
W końcu włożyłem skafander, wziąłem latarkę i ruszyłem na poszukiwanie
Eskimosów.
Nie znalazłem ich. A nawet już nigdy ich nie ujrzałem. Obozowisko było puste,
a ludzie znikli tak doszczętnie, jakby ich połknęły wielkie równiny.
Poczułem się zdumiony tym i nieco urażony. Kiedy wrócił nazajutrz Utek,
opowiedziałem mu wszystko i zażądałem wyjaśnień. Zadał mi szereg wnikliwych
pytań o wiadra, odchody i różne inne rzeczy — pytań, w których nie mogłem się
dopatrzyć bliższego związku z tematem. I w końcu zawiódł mnie — pierwszy raz w
czasie naszej znajomości. Twierdził, że nie potrafi wyjaśnić, dlaczego tak po
grubiańsku odtrącono moją gościnność... i nigdy mi tego nie wytłumaczył.

132
Zabić wilka

Zbliżał się czas pożegnania z Zatoką Wilczego Domu — nie żebym chciał to
uczynić, ale dlatego, że już wkrótce wilki stąd odejdą na zimowiska.
Pod koniec października, kiedy zima zaczyna szaleć na pustych równinach,
karibu odwracają się od tundry i zaczynają schodzić w obcy sobie, lecz osłonięty,
świat lasów. A gdzie one pójdą, tam muszą iść wilki; bo w zimie nie zostaje nic na
zamarzniętych równinach, czym wilki by się mogły wyżywić.
Od początku listopada do kwietnia wilki i karibu pospołu wędrują po tajdze,
tym pograniczu wątłych zagajników skarlałego świerka i kosodrzewiny, leżącym pod
linią zasięgu lasów. W latach obfitujących w króliki polarne wilki polują na nie
intensywnie; ale zawsze trzymają się w pobliżu jeleni — gdyż w porze głodu tylko
karibu może je uratować.
Każda rodzina wilcza wędruje w grupie, nie jest jednak rzadkością, że kilka
małych grup łączy się w stado. Zdaje się, że nie ma co do tego stałych reguł i stado
takie może się w każdej chwili znów podzielić na swe części składowe. Ale istnieje
górna granica liczebności stada. Zimą polowanie wymaga ścisłego współdziałania
pewnej liczby wilków, jeżeli ma się udać; ale jeśli tych wilków jest zbyt wiele, to
jedna zdobycz nie wystarczy, aby wszystkie nakarmić. Optymalną wielkością zdaje się
być stado liczące od pięciu do dziesięciu osobników.
Nie wygląda na to, żeby w zimie też miały swe terytoria. Każde stado poluje,
gdzie i jak mu się podoba, a gdy spotkają się dwa obce stada, widywano, jak
pozdrawiają się wzajemnie i rozchodzą.
Rzadko zdarza się skupienie stad na jednym obszarze. W jaki sposób udaje im
się pozostawać w rozproszeniu i w ten sposób unikać niebezpieczeństwa, że gdzieś
będzie za dużo wilków i za mało zdobyczy, nie wiadomo; ale Indianie z plemienia
Chipewayów mówią, że dzieje się to przez pozostawianie komunikatów moczowych w
każdym widocznym punkcie, na głazach i drzewach wokół jezior i wzdłuż
wydeptanych szlaków. Faktem jest, że — byle po kraju nie przeszła klęska głodowa

133
— koczujące zimą stada wilków, poruszające się wedle kaprysu tak samo koczujących
stad karibu, potrafią jakoś nie deptać sobie po piętach.

Zima to dla wilków z Barrenów czas śmierci.


Ledwo wejdą na obszary leśne, stają się celem skoncentrowanych, nader
umiejętnych i zaciekłych ataków ze strony ludzi. Traperzy nie znoszą ich, ponieważ
wilki nie tylko współzawodniczą z nimi w polowaniu na karibu, ale potrafią też
spustoszyć całą linię pułapek, zatrzaskując lekkie paści używane do chwytania lisów, a
same się nie łapiąc. Poza tym większość białych traperów boi się wilków — niektórzy
boją się ich śmiertelnie — a nic lepiej od bicza strachu nie popędza ludzi do szalu
niszczycielskiego.
Wojna z wilkami jest bez przerwy rozpalana do białości przez władze tak
prowincjonalne, jak i federalne, które niemalże bez wyjątku płacą za wilka premie
wynoszące od dziesięciu do trzydziestu dolarów za sztukę; a w czasach, gdy cena
lisów i innych futer się obniża, premia ta staje się w istocie zasiłkiem, wypłacanym
zarówno traperom, jak i handlarzom.
Wiele się mówi i pisze o liczbie jeleni, mordowanych rzekomo przez wilki.
Prawie nic się nie mówi o liczbie wilków, mordowanych przez ludzi. W jednej z tych
spraw szeroko i oficjalnie rozpowszechniana jest całkowita nieprawda; w drugiej
można by sądzić, że tępi się prawdę. A przecież jeden traper, działający na pograniczu
Manitoby i Keewatin. w przeciągu jednej zimy pierwszego roku mych badań pobrał
premie za 118 wilków, z których 107 to były młode, urodzone poprzedniej wiosny.
Według prawa powinien był je zastrzelić albo schwytać w pułapki. W rzeczywistości
zrobił to, co czynił wówczas — i nadal czyni — każdy na Dalekiej Północy, z
milczącym przyzwoleniem czynników rządowych: porozkładał na olbrzymim
obszarze strychninę w sposób tak z niczym się nie liczący, że wytępiona została też
prawie cała populacja lisów, rosomaków i znaczna część pomniejszych drapieżców.
To nie odgrywało roli, ponieważ lisy w tym roku nie dawały zarobku. Wilki zaś
przynosiły po dwadzieścia dolarów sztuka w rządowych premiach.
Najpowszechniejsze sposoby mordowania wilków to paści i trucizna: ale nie
brak też innych szeroko stosowanych metod. Jedna z nich to samolot, ulubiony sposób

134
tych po obywatelsku myślących sportowców, którzy w służbie społeczeństwa
poświęcają swój czas i pieniądze na tępienie szkodników. Załoga lecącego wysoko
samolotu wypatruje wilków na otwartym terenie, najlepiej na lodzie jeziora. Kiedy się
zauważy wilka, samolot obniża się nad nim i goni to zwierzę tak długo i zawzięcie, że
nieraz pada i umiera, jeszcze zanim je trafi ładunek grubego śrutu.
Ale znam jeden wypadek, w którym ta metoda zawiodła. Dwaj mężczyźni
wylecieli z wielkiego miasta swoim własnym. lekkim samolotem, aby się przyczynić
do uwolnienia świata od wilków. Wiele ich już zabili w poprzednich polowaniach, a
pilot stał się ekspertem w ściganiu bestii z tak bliska, że wprost bił po nich nartami.
Pewnego dnia za bardzo się zbliżył. Dręczony wilk odwrócił się, skoczył wysoko w
powietrze i wbił zęby w nartę podwozia. Zginął w katastrofie, która z tego wynikła;
ale dwaj ludzie też. Wypadek ten opisano w artykule, który zamieszczono w
poczytnym magazynie sportowym na dowód, jak przebiegłe i niebezpieczne są wilki,
oraz jako przykład bezgranicznej odwagi mężczyzn, stawiających im czoło.
Oczywiście jest to zagranie klasyczne. Ilekroć i gdziekolwiek ludzie przystępowali do
bezmyślnego mordowania zwierząt (nie wyłączając innych ludzi), często próbowali
usprawiedliwiać swe zbrodnie przypisując najbardziej złośliwe i odrażające
właściwości tym, których pragnęli wymordować; a im mniej powodów do rzezi, tym
większa kampania oszczerstw.

Antywilcze nastroje w Brochet (położona w północnej Manitobie baza moich


zimowych badań), gdy tam przybyłem z Zatoki Wilczego Domu, wezbrały potężnie i
zajadle. Miejscowy nadzorca od zwierzostanu ze smutkiem przedstawił mi sytuację,
jak następuje: jeszcze dwadzieścia lat temu miejscowi byli w stanie zabijać każdej
zimy po 50 tysięcy karibu, a teraz? Dobrze, jeśli uda się im zabić parę tysięcy! Karibu
stały się już niemal rzadkością, a winę za to jednogłośnie przypisywano wilkom. Moje
dość nieśmiałe repliki, że wilki polowały na karibu, wcale nie dziesiątkując ich stad,
już na kilkadziesiąt tysięcy lat przed pojawieniem się w Brochet białego człowieka,
albo przechodziły jakby niedosłyszane, albo pobudzały rozmówców do wybuchu
wściekłości, że jestem taki stronniczy.

135
Raz w początkach zimy pewien handlarz wpadł ogromnie podniecony do mego
baraku.
— Słuchaj no — rzeki wyzywająco — robiłeś tyle krzyku o brak dowodów, że
wilki mordują stada. No to zaprzęgaj psy i jedź nad jezioro Fishduck. Będziesz mial
dowody! Jeden mój traper przyjechał godzinę temu i widział pięćdziesiąt jeleni na
lodzie, wszystkie zarżnięte przez wilki — i prawie że ani kąsek mięsa nie wyjedzony!
W towarzystwie pewnego Indianina Kri pojechałem, jak mi kazano, i pod
wieczór dotarliśmy nad jezioro Fishduck. Zastaliśmy tam ohydną scenę rzezi. Po
lodzie walały się zwłoki dwudziestu trzech karibu, a krwi było tyle, że wielkie połacie
śniegu roztajały w szkarłatne błoto.
Traper miał rację, że ze zwłok nie zrobiono użytku. Poza drobnym
obgryzieniem przez lisy, sroki i kruki wszystkie zwierzęta oprócz trzech były
nietknięte. Z tych trzech dwa były bykami — bez głów; a trzeciej, młodej i
brzemiennej łani, brakowało obydwu udźców.
Na nieszczęście dla tego „dowodu” żaden z jeleni nie mógł być napadnięty
przez wilki. Nigdzie na jeziorze nie było wilczych tropów. Były za to zupełnie inne
ślady: niewątpliwy, potrójny ślad pozostawiony przez narty i płozę ogonową samolotu,
który jeździł sobie tu i ówdzie, zostawiając powierzchnię śniegu całą pokrzyżowaną
bliznami wężowatych linii.
Te karibu nie zostały powalone przez wilki; postrzelono je; niektóre po kilka
razy. Jeden jeleń przebiegł sto metrów wlokąc po lodzie wnętrzności wypadające na
skutek postrzału w brzuch. Z innych kilka miało dwie albo trzy kończyny strzaskane
kulami.
Niedaleko było szukać wyjaśnienia, co się tu naprawdę zdarzyło.
Dwa lata wcześniej biuro turystyki odnośnego Rządu Prowincji doszło do
wniosku, że karibu z Barrenów będą nieodpartą pokusą dla bogatych łowców trofeów
ze Stanów Zjednoczonych. W związku z tym opracowano projekt organizowania
kompletnie wyposażonych „safari”, w których grupy sportsmenów będą przerzucone


W roku 1963 rząd Nowej Fundlandii posłużył się tym samym chwytem.

136
drogą powietrzną do strefy podbiegunowej, czasem nawet rządowym samolotem, i za
tysiąc dolarów od osoby każdemu zagwarantuje się pierwszorzędne rogi jelenie.
Podczas zimowego pobytu karibu w obszarze zadrzewienia żerują one w lasach
o świcie i o zmroku, a dzień spędzają gromadnie na lodzie otwartych jezior. Pilotowi,
który wiezie takie safari, wystarczy więc wybrać jezioro, na którym znajduje się duże
stado karibu, i okrążając je na małej wysokości spędzić jelenie w zbitą i kręcącą się w
kółko masę. Po czym samolot ląduje, ale pozostaje w ruchu, jeżdżąc w kółko i w kółko
wokół przerażonego stada, żeby nie pozwolić mu na pójście w rozsypkę. Z otwartych
drzwi i okien samolotu myśliwi walą ogniem ciągłym tak długo, aż zabiją dosyć jeleni,
żeby zapewnić sobie odpowiednią ilość dobrych poroży, z których potem można
wybrać najlepsze. Uważają zapewne, że skoro ta wycieczka kosztuje kupę forsy, to
mają za to prawo zapewnić sobie absolutnie pierwszorzędne wyniki; i należy przyjąć,
że odnośni funkcjonariusze z ramienia władz są tego samego zdania.
Kiedy strzelanina dobiegnie końca, ogląda się trupy i każdy z łowców bierze
sobie najlepszy łeb, jaki się uda znaleźć, jako że oficjalne zezwolenie upoważnia go do
„objęcia w posiadanie” tylko jednego karibu. Jeśli zaś łowcy lubią również dziczyznę,
to wycina się kilka ćwierci i wrzuca do samolotu, który odlatuje następnie na południe.
W dwa dni później ci sportowi faceci, zaliczywszy sobie zwycięstwo, będą z
powrotem w domowych pieleszach.
Towarzyszący mi Indianin Kri sam widział taki przebieg wydarzeń ubiegłej
zimy, gdy pracował jako przewodnik. Nie podobało mu się to; ale był dostatecznie
świadom statusu Indianina w świecie białych, aby wiedzieć, że lepiej oburzenie swe
zachować na własny użytek.
Ja bytem bardziej naiwny. Następnego dnia przekazałem odpowiednim
władzom drogą radiową szczegółowy raport o tym wypadku. Nie dostałem żadnej
odpowiedzi — jeśli nie uznać za odpowiedź faktu, że w kilka tygodni później Rząd
Prowincji podniósł premię za wilka na dwadzieścia dolarów.

137
Utracony świat

Problem mego powrotu z Zatoki Wilczego Domu na południe do Brochet


rozwiązał się pewnego poranka, gdy Utek wpadł do chaty z wiadomością, że widział
samolot. I rzeczywiście, hydroplan pływakowy typu Norseman z wolna krążył nad
tundrą na zachód od nas.
Dawno już straciłem nadzieję, że pilot, który przywiózł mnie nad Zatokę
Wilczego Domu, kiedykolwiek po mnie przyleci, toteż na widok samolotu zatrząsłem
się z podniecenia. Przypomniawszy sobie o świecach dymnych, w które mnie
zaopatrzono, pobiegłem po nie. Ku mojemu zdziwieniu funkcjonowały bez zarzutu.
Potężny kłąb czarnego i oleistego dymu wzbił się wysoko w niebo i Norseman (który
tymczasem znikł w kierunku zachodnim) znów się pojawił, lecąc na mój slup dymu.
Wodował w zatoce, a ja wyszedłem powitać pilota, niezbyt sympatycznego na
oko młodzieńca o wąskim obliczu, żującego kęs gumy. Miał mi wiele do
opowiedzenia.
W miarę, jak miesiące upływały bez wiadomości ode mnie, mój Departament
zaczął się coraz bardziej niepokoić. Nie dość na tym, że nie otrzymywali żadnych
raportów o wilkach, to jeszcze rządowy ekwipunek wartości około czterech tysięcy
dolarów przepadł gdzieś w pustkach tundry. To już była poważna sprawa, w razie
gdyby jakiś dociekliwy członek opozycji zwęszył to i wniósł interpelację do Izby
Gmin. Oskarżenie o lekkomyślność w dysponowaniu funduszami publicznymi to
widmo straszące we wszystkich departamentach rządu.
Zwrócono się więc do Królewskiej Kanadyjskiej Policji Konnej, żeby mnie
znalazła, lecz nie było dość poszlak. Pilot, który mnie zawiózł na Barreny, sam zaginął
tymczasem w locie nad okręgiem Mackenzie i policja nie mogła trafić nawet na jego
ślad, a tym bardziej dowiedzieć się, co zrobił ze mną. Nareszcie, po ogromnym
śledztwie, policja wykryta krążące w Churchill pogłoski, jakobym był agentem
wywiadu, przysłanym w celu szpiegowania rosyjskich baz pływających pod
biegunem, i taki raport przekazano Ottawie z adnotacją, że policja nie lubi być

138
nabierana i następnym razem, jeśli Departament zapragnie, żeby mu coś znaleźć. to
proszony jest o więcej szczerości.
Pilot, który wylądował, aby zbadać moje sygnały dymne, nie został wcale
wysłany na poszukiwanie mojej osoby, tylko zajmował się inspekcją zasobów, mnie
zaś odkrył przez czysty przypadek. Zgodził się jednak zabrać do swej bazy wiadomość
dla Departamentu, gdzie znajduje się jego wyposażenie, z sugestią, ażeby natychmiast
przysłano po nie samolot, zanim wszystko zamarznie.
Pilot skorzystał z wodowania, aby z pomocą Mike’a dopełnić zbiorniki paliwa z
beczek, które miał w kadłubie. Ja tymczasem poszedłem załatwić pewne nie
dokończone sprawy na eskerze, gdzie była wilcza nora.
Dla uzupełnienia moich studiów nad życiem rodzinnym wilków musiałem się
dowiedzieć, jak ich nora wygląda od wewnątrz: jaka jest jej głębokość, średnica
przejścia, czy na końcu korytarza znajduje się jakaś komora i tym podobne. Z
oczywistych powodów nie mogłem tego zbadać, dopóki nora była zajęta, a potem
miałem za dużo innych spraw na głowie, by się do tego zabrać. Teraz, kiedy czasu już
zostało niewiele, zacząłem się śpieszyć.
Pobiegłem truchcikiem na przełaj w kierunku nory i byłem od niej o niecały
kilometr, kiedy za mną rozległ się grzmiący ryk. Był tak głośny i nieoczekiwany, że
odruchowo przypadłem na plask do mchu. Norseman nadleciał na wysokości może
piętnastu metrów. Przelatując nade mną z grzmotem pomachał mi wesoło skrzydłami,
potem uniósł się, aby przeskoczyć tuż nad grzbietem wilczego eskeru, strąciwszy w
dół po zboczu podmuchem swego śmigła piaskowe osypisko. Wstałem z ziemi i
uspokoiłem tłukące się serce, posyłając niedobre myśli za dowcipnisiem w szybko
znikającym już samolocie.
Krawędź z norą była, tak jak się spodziewałem (i co Norseman tak czy owak by
zagwarantował), wolna od wilków. Znalazłszy się u wylotu nory, zdjąłem swe grube
spodnie, kurtkę i sweter, wyjąłem z torby latarkę (w której baterie były już ledwie
żywe) i taśmę mierniczą, po czym przystąpiłem do niełatwego zadania, jakim było
wciśnięcie się w tunel wejściowy.
Latarka tliła się tak wątle, że dobywała się z niej tylko mdła, pomarańczowa
poświata, ledwie wystarczająca, żeby dojrzeć znaki na miarce. Wiłem się i

139
przeciskałem w dół pod kątem 45 stopni przez jakieś dwa i pół metra. Usta i oczy
miałem po chwili pełne piasku i zaczęła mi doskwierać klaustrofobia, bo tunel był
ściśle na mój rozmiar.
Po dwóch i pół metrze tunel zwrócił się ostro ku górze i skręcił w lewo.
Wymierzyłem latarkę w nowym kierunku i przycisnąłem jej guzik.
W półmroku przede mną cztery zielone światła odbiły mętny blask latarki.
Tym razem nie było to dla mnie zielone światło. Zamarłem w miejscu, a mój
zaskoczony mózg usiłował strawić wiadomość, że w norze są wraz ze mną co najmniej
dwa wilki.
Niezależnie od mej bliskiej znajomości z rodziną wilczą był to ten rodzaj
sytuacji, gdy irracjonalne, lecz głęboko zakorzenione przesądy całkowicie biorą górę
nad rozumem i doświadczeniem. Szczerze mówiąc, byłem tak przerażony, że strach
mnie sparaliżował. Nie miałem żadnej broni, a w tej niezdarnej pozie mógłbym co
najwyżej wyciągnąć przed siebie jedną rękę, by zasłonić się przed atakiem. A że wilki
mnie zaatakują, wydawało się nieuniknione, bo nawet chomik broni się jak wściekły,
kiedy go zapędzą w kąt nory.
Wilki nawet nie zawarczały.
Gdyby nie dwie pary słabo świecących oczu, mogłoby ich w ogóle nie być.
Paraliż zaczął mnie opuszczać i mimo chłodnego dnia cały oblałem się potem. W
przystępie ślepej brawury wysunąłem latarkę tak daleko, jak mogłem sięgnąć.
Dawała w sam raz tyle światła, że zdołałem rozpoznać Angelinę i jedno ze
szczeniąt. Były wciśnięte w tylną ścianę legowiska i nieruchome jak sama śmierć.
Tymczasem szok ustępował i do głosu doszedł znów instynkt
samozachowawczy. Najprędzej, jak mogłem, zacząłem się skręcać i wyczołgiwać do
tyłu w pochyłym tunelu, spodziewając się w napięciu, że lada chwila wilki się na mnie
rzucą. Ale aż do czasu, gdy wygramoliłem się całkowicie z otworu jamy, nie
dostrzegłem i nie usłyszałem najmniejszego znaku, aby któryś z wilków się poruszył.
Usiadłem na kamieniu i trzęsącą się dłonią zapaliłem papierosa, uświadamiając
sobie przy tym, że już się nie boję. Za to ogarnęła mnie irracjonalna wściekłość.
Gdybym miał strzelbę, to myślę, że mógłbym zareagować jak furiat i kto wie, czy nie
próbowałbym zabić obu wilków.

140
Papieros się wypalił i z północnie posępnego nieba powiał wiatr. Znów
zacząłem się trząść; teraz już z zimna, a nie z wściekłości. Mój gniew mijał i czułem
się po nim jak oklapły. Przeżyłem złość obrazy zrodzonej ze strachu: oburzony na
zwierzęta, które wzbudziły we mnie trwogę w jej nagiej okazałości i przez to
sponiewierały nieznośnie moje ludzkie ego.
Z przerażeniem uświadomiłem sobie, jak łatwo zapomniałem i jak prędko się
zaparłem wszystkiego, czego mnie ten letni pobyt z wilkami nauczył o nich... i o mnie.
Pomyślałem o Angelinie i jej szczenięciu, kulących się na dnie nory, dokąd uciekły
przed grzmiącym widmem samolotu — i ogarnął mnie wstyd.

Gdzieś po wschodniej stronie zawył wilk; z cicha, pytająco. Znałem ten głos, bo
słyszałem go już wielokrotnie. To George badał pustkowia czekając echa od
nieobecnych członków rodziny. Ale dla mnie był to głos mówiący o utraconym
świecie, który niegdyś był nasz, zanim obraliśmy sobie w nim rolę obcych: o świecie,
do którego zajrzałem i prawie wszedłem..., tylko po to. żeby w końcu być z niego
wykluczony — przez siebie.

141
Epilog

W zimie 1958/59 roku Kanadyjska Służba Zwierzostanu, zgodnie ze swą


niewzruszoną zasadą kontrolowania populacji wilków, zatrudniła kilku
funkcjonariuszy Kontroli Drapieżników do patrolowania Barrenów Keewatin w
samolotach wyposażonych w narty, w celu zakładania stanowisk z zatrutą przynętą.
W początkach maja 1959 jeden z tych funkcjonariuszy wylądował nad Zatoką
Wilczego Domu. Spędził w tej okolicy kilka godzin i rozmieścił pewną liczbę
cyjankowych „wilkołapek” w odpowiednich miejscach w pobliżu nory, która, jak
stwierdził, była zamieszkana. Wyłożył też w okolicy pewną liczbę przynęt
zaprawionych strychniną.
Później już nie mógł wrócić i sprawdzić tego stanowiska kontroli z powodu
wczesnego wystąpienia wiosennych roztopów.
Uzyskane wyniki nie są wiadome.

142

You might also like